We śnie usłyszałam głos mówiący, że łatwo przestać na zawsze – w więzieniu.

Otworzyłam barek szukając tam słodyczy (tak, słodyczy nie alkoholu) schowanych przez moją matkę. Znalazłam tylko trzy akwaria wypełnione trocinami. W jednym była moja martwa świnka morska. W dwóch pozostałych inne martwe zwierzęta. Po chwili trup mojego pupilka otworzył oczy i zaczął się trząść. Pozostałe dwa zrobiły to samo. W tym momencie już wiedziałam, że to sen. Kubuś nigdy nie zamknął oczu. Nie chciał spać. To nie była spokojna, naturalna śmierć. Chciał żyć ale nie dał rady. Mała futrzana kuleczka pachnąca trocinami. Kubula. Kubanek. Kubasiek. Kupuś. Pan Świneusz. Trocinka. Pamiętam jak matka przykryła jego nieżywe już ciałko ręczniczkiem. Niby żeby mu zimno nie było. Bzdury. Żeby na niego nie patrzeć. Bo to nie jest miły widok. Bezwładnie leżące ciałko naszego Kubusia. Głaskałam go po pyszczku, a on nie reagował. Już nie żył. Nazajutrz pojechaliśmy na wieś zakopać go pod drzewem, zanim zacznie się rozkładać. Kilkanaście centymetrów pod ziemią, zawinięty w ręczniczek, zimny i sztywny. Tata próbował zamknąć mu oczy. Nie dało się. Chciał mieć otwarte na zawsze. Nie chciał spać. Tata nasypał mu ziarenek. Ostatni posiłek. I tak już go nie zjadł. Mama położyła żółte kwiatki. I zostawiliśmy go tam martwego i samego. To był chyba ostatni raz, kiedy byłam w tym miejscu. I od tego czasu święta wielkanocne już zawsze śmierdziały mi śmiercią.

Rozdrapałam sobie wszystkie rany na ciele i duszy, a później połamałam i obgryzłam paznokcie, żeby już nikogo nie skrzywdzić.

Never


skomentuj || strona główna.




||


archiwum || złote myśli
stat4u