Rozmazany tusz na rzęsach (a trzeba się było ślicznotko nie malować), białe adidaski całe w błocie (cóż ja poradzę na moją miłość do białego obuwia), nadwyrężone ścięgna (ale w końcu jest hardkor, nie?), wiatr we włosach... Fajnie było. Ale moje płuca mają dość. A ja to jestem taka jak mój tata. Całymi dniami siedzę na dupie i czekam aż mi ktoś łaskawie skoczy do sklepu po lody, lub ugotuje budyń, a jednak mimo wszystko potrafię z marszu bez rozgrzewki mostek, szpagat i całą resztę różnych dziwnym rzeczy. Nie żebym się chciała chwalić. Polska pogoda rzeczywiście nie lubi półśrodków. Albo żar z nieba, albo burza z piorunami. I tak na zmianę. Upał cholerny a za chwilę burza i upał. I znowu i tak w kołko. Zwariować można. Ale nie narzekam. Słońce, wiatr, chmury na niebie, dookoła lasy. I nadal mam odruch wymiotny na wspomnienie całej paczki obrzydliwych ciasteczek, które zjadłam a wcześniej sama kupiłam. A chmury wyglądały jak kraina lodów z bajek Walta Disneya pisanych pod wpływem LSD. A nieszczęscia wcale nie chodzą parami. One spadają na człowieka jak śmieci wyrzucane do kontenera. Może nie nieszczęścia. Przesadziłam. Poprostu pech. Zwykły, złośliwy, cholerny pech. Nogi mnie bolą i czuję się jak worek ziemniaków. A w płucach mam zdecydowanie za dużo syfu.




[Wróć]







archiwum || strona główna
stat4u