Każdy ma na pewno w swoim życiu kilka lub kilkanaście takich zabawnych i paradoksalnych (tu w znaczeniu absurdalnych) zachowań lub wydarzeń. Takich, z których się śmieje, ale zawzięcie je praktykuje lub też takich, które ze wstydem ukrywa przed znajomymi i rodziną, ale z jakichś powodów nadal uskutecznia.

Mówię o czymś tak bezsensownym jak popularne w inernecie szczyty typu szczyt głupoty - kupić portfel za ostatnie pieniądze albo szczyt zmęczenie - przyjść do domu, położyć się na łóżku i nie mieć siły zamknąć oczu. Czasami naprawdę wątpię, że życie jest poważne czy w ogóle prawdziwe, tak zabawnie potrafi bywać. Zabawnie i ironicznie. Życie potrafi być bardzo dowcipne w taki prześmiewczy sposób.


Apteczka (nie) bezpieczeństwa

W pracy w kuchni mamy apteczkę. Taką białą. Wisi na ścianie na wszelki wypadek. Dla bezpieczeństwa. Jakby komuś coś złego się stało, żeby ułatwić i umożliwić udzielenie mu pomocy. I ja regularnie uderzam się głową w tę apteczkę i to z dość dużą siłą. Kilka razy zrobiłam sobie naprawdę solidnego siniaka. Cóż za ironia losu, żeby apteczka mająca zwiększyć bezpieczeństwo była zagrożeniem dla mojego bezpieczeństwa.


Idąc na autobus cofam się o kilka przystanków

Mam pod domem przystanek autobusowy. Mogłabym wyjść kwadrans po siódmej na autobus. Ale wychodzę o wpół do siódmej i zamiast na mój przystanek pod domem kieruję się w przeciwną stronę. Wychodzę 45 minut wcześniej z domu tylko po to, żeby cofnąć się kilka przystanków i wsiąść do autobusu na tym pierwszym, góra trzecim. Bo ja muszę zająć sobie miejsce siedzące, koniecznie przy oknie i na podwyższeniu. Nie chcę również siedzieć tyłem, ani broń boże, na przeciwko ludzi.


Mega wyżerka na dzień przed rozpoczęciem odchudzania

Klasyka gatunku kobiecego. Dzień poprzedzający rozpoczęcie diety odchudzającej zazwyczaj jest pełen kalorycznych przysmaków. W końcu to nasz ostatni posiłek a od jutra dieta, ćwiczenia, zdrowy tryb życia i cała reszta umartwiania się. Zawsze rozpoczęcie nowej diety poprzedzał u mnie dzień (a czasem nawet tydzień) rozpusty i obżarstwa. Gdzie tu logika i po co napychać się słodyczami do oporu mają w bardzo bliskich planach schudnięcie? Nie wiem. Ale muszę tak robić. I myślę, że nie jestem jedyna.



Never


skomentuj || strona główna.


Przez lata Anna należała do niemej masy ofiar, do osób, które ciągle się czegoś boją - na początku przerwy, potem szkoły, a jeszcze później całego życia. Anna czuła się bezradna i bardzo samotna.

Jestem taką Anną. I dopiero teraz, po latach powoli dociera do mnie, że spotkało mnie to samo co Annę. To jak oświecenie. Myślałam, że to nic takiego. Kiedyś się o tym nie mówiło. Teraz dopiero powstają fachowe terminy na złe zjawiska, które dawno temu nie były uznawane za nic poważnego. A czasami myślę, że to wszystko dlatego, że ludzie z pokolenia na pokolenie robią się coraz słabsi, coraz mniej wytrzymali, coraz bardziej podatni na negatywne czynniki. Bo przecież za czasów mojego dziadka nikomu nic się nie działo i nikt nie miał takich traum i rys na psychicę na całe życie. A może też nikt o tym ie mówił. Dopóki nie powiesz o problemie, nie pokażesz go, nie uwierzysz w niego i nie zaakceptujesz go, dopóty nie ma problemu. Tak w wielkim skrócie myślowym, bo bez względu czy powiesz, że boli cię brzuch czy będziesz udawać, że nic się nie dzieje, brzuch i tak będzie bolał. A może nie do końca? Może reakcja lub brak reakcji na bodziec mają wpływ na sam bodziec? I nie mowię tutaj o wzięciu tabletki, żeby przestał. Ale może samo podejście i nastawienie do bólu ma znaczenie w jego odczuwaniu. Może gdybym wierzyła, że to nic, rzeczywiście wszystko byłoby w porządku. Ale ja już od przedszkola pielęgnowałam chęć zemsty. A chęć zemsty nie pojawia się o byle nic.

Never


skomentuj || strona główna.


Kiedyś przeczytałam to zdanie, że nikt nie jest wolny od mówienia bredni, źle jest jedynie mówić je z wysiłkiem, i odtąd stało się ono mottem moje bloga i życia. Na jakiś czas przynajmniej. Najpłodniejszy czas jeżeli chodzi o mowienie i pisanie w bardzo kwiecistej formie, z zawoalowaną treścią lub bez treści.

Bardzo dobrze się takie brednie czytało. Świetnie się takich bredni słuchało. Przynajmniej wtedy. Teraz już inne czasy i inna moda. Teraz już takie brednie na nikim nie robią wrażenia. Bełkot pijanej licealistki. A później mówienie tych bredni zaczęło mi przychodzić z coraz większym trudem. Dorosłam. Albo wypaliłam się artystycznie i literacko. Oczywiście nadal próbowałam, chociaż z mniejszą częstotliwością. Cały czas próbuję. Zawsze lubiłam pisać. I nie chciałabym zatracić tej umiejętności całkowicie. Dorosłe, odpowiedzialne życie doskonale zabija wenę twórczą. Ale to żadne usprawiedliwienie.

Kiedyś słowa same pojawiały się w głowie, same formulowały się w błyskotliwe wnioski. Teraz to ciężka i żmudna praca, żeby tekst był lekki, zabawny albo chociaż w miarę sensowny. I myślę, że wszyscy blogowi artyści tamtego czasu teraz mają to samo. Albo już dawno przerzucili się na coś przynoszącego zyski i poważniejszego od pseudointeligentnego i pseudozabawnego bełkotu.

Never


skomentuj || strona główna.



Depresja kapie z nieba - moja pierwsza myśl po odsłonięciu okna. To będzie ciemny i deszczowy dzień. Lubię takie dni. Mają w sobie coś magicznego. Taki spokój i nostalgia. Taka romantyczna noc przez cały dzień. Deszcz, ciemne chmury i silny wiatr. Filmowy krajobraz. Kapiąca z nieba depresja daje przyzwolenie na smutek, na powolność, na bierność. Taka pogoda pozwala mi być sobą bez karcących spojrzeń. W takie ciemne deszczowe dni wszyscy są mną. Są smutni i mają mokre oczy i twarze. Oni od deszczu, ja od łez, ale nikt o tym nie wie.

Na dworze ciemno, zimno i nudno. I mokro. Depresja kapie z nieba. Ciemno przez cały dzień. A po głowie od rana chodzi mi ta piosenka T.Love. Na dworze ciemno, zimno i nudno. (...) Na mieście pusto, w kieszeniach goło. I jeszcze raz: na dworze zimno, ciemno i nudno. Między blokami żyje się trudno. I tak w nieskończoność cały dzień, jak w nieskończoność cały dzień pada deszcz. I przypomina mi się ta scena z 13 Posterunku i filozoficzne rozważania Arniego. W taki deszczowy dzień aż przyjemnie usiąść w domu przy oknie, na parapecie, położyć się z książką lub włączyć film. Zaparzyć karmelową herbatkę lub kakao, ubrać puchate kapcie i miękki sweter i nie robić nic. Ale kapiąca z nieba depresja wybrała sobie na kapanie poniedziałek, kiedy wszyscy normalni ludzie, do których grona od niedawna się zaliczam, idą do pracy. Opatuleni szalikami, w kapturach, wysokich butach, z parasolką, którą z trudem utrzymują w dłoni, pogarbieni walczą z wiatrem wiejącym w twarz i próbują jak najmniej zmoknąć. Przemykają w ten sposób, najszybciej jak potrafią, na przystanki i parkingi skąd wyruszą do swojej, w większości znienawidzonej, pracy. Przez ten deszcz, wiatr i ciemność nienawidzą jej jeszcze bardziej.

W takie dni jak ten czuję się bardzo dobrze ze swoim smutkiem, depresją, powolnością, biernością i kamieniem w głowie. W takie dni samotność nie boli. Deszcz mnie nie uszczęśliwia, ale uspokaja, a to dużo więcej. A te kropelki na oknie są naprawdę piękne. A te kropelki deszczu padające na twarz niczym subtelna pieszczota matki natury pozwalają mi uwierzyć, że jestem prawdziwa. Że to nie sen, nie film, nie halucynacja naćpanego umysłu. To tylko depresja kapie z nieba.

Never


skomentuj || strona główna.


Myślę, że uczenie się na błędach, cudzych czy własnych, nie działa. Uważam, że każdy człowiek ma jakiś zakres swoich błędów zależnych od osobowości, które popełnia.

Moim zdaniem przez całe życie popełniamy te same błędy. Nieustannie, na okrągło ludzie popełniają dokładnie te same błędy. A sens w tym jest taki, że za którymś razem możemy już przewidzieć konsekwencje i psychicznie się na nie nastawić. Tylko tyle możemy zrobić w kwestii popełniania błędów. Nic więcej. Błędy będziemy popełniać cały czas te same. Tak jakbyśmy byli na nie zaprogramowani.

Nie zauważyliście, że cały czas macie ten sam problem? Że w każdej sytuacji powtarzacie jeden, ten sam schemat? Że to ciągle wraca, chociaż zmienia się zewnętrzna otoczka?

Never


skomentuj || strona główna.


Przez całe życie myślałam, że tylko wanna jest w stanie zaspokoić moją potrzebę wypłakania się i zmycia lejącej się z ciała krwi. Prysznic to zawsze w moim przekonaniu był taki marny substytut dla ubogich samobójców. Bo jak to tak pod prysznicem? Ani się położyć, ani zanurzyć w wodzie pachnącej waniliowym olejkiem i krwią. Zero wygody, zero romantyzmu.

Od czterech miesięcy mam prysznic i zmieniłam zdanie. Prawie codziennie płaczę pod prysznicem. Ociekam smutkiem, wodą a nieraz i krwią. Siadam skulona w brodziku. Smutek absolutny. Lejąca się woda uspokaja, płynące łzy uspokajają. I prawie codziennie myślę, żeby umrzeć pod prysznicem. Taka śmierć w niczym nie ustępuje tej w wannie. Nie doceniałam prysznica. To jedyne miejsce gdzie mogę z kimkolwiek porozmawiać tzn. z sobą, a lejący się strumień wody zagłusza te rozpaczliwe monologi.

Pod prysznicem pachnie wanilią, a czasem nawet czekoladą. Może pachnieć czym sobie tylko zamarzę. Ciepły strumień wody otula mnie i przytula. Rozgrzewa zmarznięte jesiennymi chłodami ciało i zmarznięte emocjonalnym chłodem serce. Pod prysznicem jest dobrze. Jest spokojnie. Smutno, ale to taki piękny i wygodny smutek. Taka luksusowa depresja pięknych i bogatych.

Never


skomentuj || strona główna.


Czy piątek trzynastego jest pechowy? Lęk przed piątkiem trzynastego ma nawet swoją nazwę. Paraskewidekatriafobia czyli lęk przed piątkiem trzynastego. Osobiście nie mam z tym problemu. Największy problem mam z tym, że zawsze przegapiam piątek trzynastego. Ale dzisiaj się udało go ucapić.

Nie przypominam sobie, żeby w jakikolwiek piątek trzynastego spotkało mnie coś wyjątkowo pechowego. Oczywiście całe moje życie jest smutne a los ze mnie kpi, ale ma to miejsce w takim samym stopniu w piątek trzynastego, jak i w każdy inny dzień. Gdyby przytrafiło mi się coś wyjątkowo złego na pewno bym to zapamiętała. Niektórzy uważają, że piątek trzynastego jest dla nic szczęśliwy. Ja niczego wyjątkowo dobrego związanego z tą datą również sobie nie przypominam. Dzień jak co dzień.

Wstałam o 5 rano. Za oknem było ciemno. Otworzyłam okno na oścież, żeby przewietrzyć. Jak zwykle nie mogłam połączyć się z Internetem, ale to samo miałam wczoraj i przedwczoraj, więc nie mogę zwalić winy na piątek trzynastego. W pracy jak zwykle to bywa w piątki nie było mleka. Mleka nie ma we wszystkie piątki a ten trzynastego nie stanowi wyjątku od reguły. Później wracałam autobusem, w którym był okropny tłok. Oczywiście nie ustąpiłam nikomu miejsca, bo jestem wstrętną niewychowaną młodzieżą. Od siedzenia w pracy przez 8 godzin tak mnie boli kręgosłup, że muszę sobie usiąść. Ale nawet jakby nie bolał też bym nie ustąpiła. Później byłam ze swoim kochanym chłopakiem w fastfudowni. On wziął sobie ponad kilogram jedzenia, ja jedną czwartą tego co on. Później dorzucał mi ze swojego talerzyka kawałki kotletów i frytki. A później się chwalił, że zjadł kilogram jedzenia. Wieczorem Internet wrócił, ale działa tak jakby chciał, a nie mógł. Film z youtube od godziny się buforuje, a natrudne sprawy już straciłam nadzieję, bo załadowało się dopiero 5 minut. W tym czasie wykąpałam się, chociaż ciepła woda była dzisiaj wyjątkowo zimna, nałożyłam krem na włosy i piszę tę notkę podczas gdy mój ukochany od godziny już śpi. I mam nadzieję, że się nie obudzi i nie przyłapie mnie na pisaniu tego bloga. Bo to dopiero byłby pech, a w końcu dzisiaj ten pechowy piątek trzynastego.

Never


skomentuj || strona główna.


Jak przez mgłę, ale pamiętam naszą kurwoodporną szybę. Miała nas odgradzać od całego kurewstwa tego świata. To była nasza piosenka. O nas. Nawet ta wiosna się zgadzała. Wszystko. Miało być jak w filmie.

I jest jak w filmie. Tylko nie romantycznym, a jak w dramacie psychologicznym. Szyba również jest. Bardzo gruba. Wszystko jest nie tak, jak miało być. Ta kurwoodporna szyba miała nas odgradzać od całego zła świata, a nie od siebie nawzajem. Najgorszy rodzaj samotności to mieć tuż za szybą ukochaną osobę, ale nie móc rak naprawdę jej dotknąć ani usłyszeć. Oddziela nas cholerny mur. Nawet nie wiem, kiedy powstał. These secrets are walls that keep us alone. Nie wiem nawet jak to się stało. Ale pewnie ja wszystko. Najpierw stopniowo, a potem nagle. Zbudowaliśmy wokół siebie mur najpierw ze strachu, ze smutku, ze wszystkich toksycznych kamieni, które mamy w sercu. Później z kłamstw, niedopowiedzeń. egoizmu. Teraz ta oddzielająca nas od siebie szyba jest pancerna. Nie wiem, czy da się ją zburzyć. Najgorszy rodzaj samotności, kiedy tuż obok jest ukochana osoba, a nie da się do niej zbliżyć. Nie da się paść w ramiona wypłakać, wyżalić, poczuć prawdziwego ciepła miłości. Jest tylko zimna, głucha i nieczuła szyba.

Zastanawiam się, czy gdzieś pod tym pancerzem jest jeszcze osoba, którą pokochałam najbardziej na świecie. I czy da się ją jeszcze stamtąd wydobyć. Boję się, że jego już nie ma. Że to jest pusta skorupa, z której całe wnętrze gdzieś wyparowało. Że nie ma i już nigdy nie będzie.

A może nie ma żadnej szyby? Takie durne, poetyckie pierdolenie, żeby ładnie ubrać w słowa każdą złą sytuację. Może wyjaśnienie jest o wiele prostsze i miłość rzeczywiście trwa trzy lata? I mojej wielkiej miłości kończy się termin ważności. Wszystko się kiedyś kończy. Niczego nie mamy na zawsze. Trzeba się z tym liczyć. Może muszę się z tym pogodzić, że wszystko co najlepsze z tej bajki już mnie spotkało, a teraz będzie tylko gorzej. I może czas zmienić bajkę? Smutno, bo opcja z szybą, która nas od siebie odgradza dawała jeszcze jakieś szanse i nadzieje. Że ten mur runie. Nie takie mury padały. Ale na termin ważności nic się nie poradzi. Szczególnie jeżeli produkt już zaczął się psuć.


Never


skomentuj || strona główna.


Jest pewna grupa ludzi, którym zawsze brakuje pieniędzy. Istnieją osoby, które bez względu na zarobki cały czas nie mają pieniędzy. Można by powiedzieć, że z definicji, bez względu na dochody i wydatki, im zawsze brakuje pieniędzy. I podwyżka o 50% też nie rozwiązuje problemu. Podwyżka o 100% również. Jest też druga grupa, która stanowi zupełne przeciwieństwo. To ludzie, którzy zawsze mają pieniądze. Jakieś, mniejsze lub większe, ale nigdy nie ma tak, żeby im pieniędzy brakowało. Nawet jeżeli będą zmuszeni zmienić pracę na gorzej płatną też będą mieli na tyle pieniędzy, żeby im nie brakowało.

Opisane przeze mnie wyżej sytuacje nie mają nic wspólnego z wysokością zarobków ani majętnością rodziców. Raczej z charakterem i osobowością, które determinują sposób zarządzania budżetem. Dlatego pewni ludzie nigdy nie będą mieli pieniędzy, a inni będą je mieli zawsze. Bez względu na czynniki zewnętrzne jak zarobki czy wydatki. To tak jak z błędami. Wciąż popełniamy te same błędy, bo taką mamy osobowość. Jeżeli zawsze brakowało ci pieniędzy lepsza praca tego nie załatwi. W dużym stopniu jesteś skazany na niedostatek finansowy bez względu na wszystko.

To dość odważna teoria na temat braku pieniędzy. Szczególnie w tym kraju. Na jej poparcie mam jedynie kilka przykładów znanych mi osobiście osób z jednej i drugiej grupy.

Tym z pierwszej grupy brakowało pieniędzy jak nie pracowali i mieli jedynie kieszonkowe od rodziców. Później poszli do pierwszej pracy za grosze. Większe niż kieszonkowe, ale jednak grosze. Też oczywiście brakowało. Minęło trochę czasu, dokształcili, dostali lepiej płatną pracę. Nie kupili mieszkania, psa ani samochodu. Żadnych takich zżerających pieniądze inwestycji. Żadnych zmian w poziomie życia, a pieniędzy jak i brakowało, tak brakuje nadal. To jest niesamowite, ale słowo daję, że znam ludzi, których zarobki wzrosły o tysiąc złotych, a im dalej brakowało do kolejnej wypłaty.

Również niesamowita jest druga grupa ludzi. Oni zawsze skądś mieli pieniądze na swoje podstawowe potrzeby i w razie czego na wszelki wypadek. Bez względu na to, czy dorabiali sobie po szkole jakieś grosze, czy polegali tylko na kieszonkowym od rodziców. Ani razu nie usłyszałam, żeby brakowało im pieniędzy, żeby nie mieli na kino czy kebaba. Oczywiście nie chodziliśmy na tego kebaba codziennie. Raczej okazjonalnie, od czasu do czasu. Bez planowania. A oni kiedy by ta propozycja nie padła zawsze mieli jakieś pieniądze na tego kebaba. Ponadto, co zaskakujące, jeżeli zdarzyło im się stracić pracę na jakiś czas albo zmienić na gorzej płatną, nie zaczęli chodzić w łachmanach, głodować ani wyprzedawać swojego majątku. Obniżyły im się dochody, a oni dalej mieli pieniądze, żeby przeżyć do kolejnej wypłaty.

Z czego to wynika? Myślę, że w bardzo dużej mierze z osobowości, która wpływa na sposób gospodarowania pieniędzmi. Jedni to potrafią, a drudzy nie. Ale zazwyczaj chodzi o to, że jedni chcą panować i zarządzać swoim budżetem, a ci drudzy chcą tylko wydawać póki mogą. Ja zaliczam się do tej grupy, która zawsze jakieś pieniądze miała. I wiem na czym polega tajemnica. Znam sposoby, żeby tych pieniędzy nie brakowało bez względu na to, jak wysokie mamy przychody (w granicach rozsądku, oczywiście, bo z pustego i Salomon nie naleje). Kiedyś na pewno napiszę więcej o moim podejściu do pieniędzy. Na razie napisałam tylko o jednym z elementów swojej filozofii oszczędzania, ale bardzo w skrócie. Niestety zła wiadomość jest taka, że znajomość sposobów rozsądnego gospodarowania budżetem niczego nie gwarantuje. Tak samo jak znajomość przepisów drogowych nie gwarantuje, że od razu będziesz umiał prowadzić samochód. Oczywiście prowadzić samochód można się nauczyć. Żyć rozsądnie i uważnie również. Tylko w przypadku ludzi z pierwszej grupy, którym zawsze brakuje pieniędzy, będzie to życie wbrew sobie i wątpię, czy ktoś zdecyduje się na zmianę swoich nawyków i podejścia. Myślę, że każdy, mimo wszystko zawsze woli pozostać sobą, nawet jeżeli miałoby mu ciągle brakować pieniędzy.

Never


skomentuj || strona główna.


Niezmiennie jest tak samo źle. Jak sięgam pamięcią, czy to dwa lata wstecz, czy cztery, czy osiem czy dwanaście lat do tyłu wciąż jest mi tak samo źle. I nie zmienia się nic.

Wciąż czuję się wśród ludzi obca, uboga krewna, inna i nierozumiana. Cały czas płaczę wieczorami. Nie tylko wieczorami zresztą. Płaczę rano przed wyjściem z domu, w drodze do pracy i spowrotem, a także w kibelku, kiedy robię sobie przerwę na siku. I nie wiem dlaczego tak się czuję. Ale czuję się naprawdę okropnie i najgorzej.

Mówili: znajdź sobie kogoś, jak twoje serduszko pokocha, depresja minie. Cóż, nie minęła. Mówili: wyprowadź się z domu, rodzice nie pozwalają ci się usamodzielnić, mieszkanie z nimi nie jest dla ciebie dobre. Wyprowadziłam się i... nic. Mówili: znajdź pracę, pójdziesz do roboty, pozapierdalasz to ci przejdzie i nie będziesz miała czasu i siły na depresję. No cóż, niestety pomimo 8 godzin pracy i godziny dojazdu wciąż kamyk w głowie uwiera mnie bardzo mocno.

Czuję, że nie ma dla mnie ratunku. Że nic mi nie pomoże. Myślę, że taki mój los i moje przeznaczenie. Innego życia dla mnie nie będzie, bo nie umiem żyć innym życiem. Taka jestem i tak mam. Płacz, rozpacz, depresja, ból, smutek, strach, samotność. Odkąd pamiętam. Zawsze byłam gorsza. Czułam się gorsza. Zawsze czułam się źle. Inaczej nie umiem. Nie znam innych odczuć. Słyszałam o nich, wyobrażam je sobie. Tak jak mogę wyobrażać sobie, jak smakuje owoc durian mogę czytać o nim ale to nie to samo co posmakować. Wyobrażam sobie, jak to jest czuć się dobrze, bezpiecznie, jak to jest czuć się mądrą, szczęśliwą, ważną i nie bać się. Ale nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak to jest. I powinnam się z tym pogodzić, żeby żyło się łatwiej. Trzeba pogodzić się ze sobą. Pogodzić się z tym, kim się jest.

Też mi się rzygać chce, jak słyszę to swoje ciągłe pierdolenie o smutku i kamyku w głowie. Jeszcze bardziej chce mi się rzygać, bo ciągle czuję ten smutek i kamyk w głowie. Znowu wrócę do domu, pójdę do łazienki i będę ryczeć ile mi sił starczy. A później położę się do łóżka, a łzy bezsilnie będą mi spływać po policzku na poduszkę i na moją różową owcę, do której się przytulam w nocy jak mi smutno. I nie zmienia się nic. Tylko owca kiedyś była rysiem.

Never


skomentuj || strona główna.


Pytana, czy chciałabym cofnąć czas, zawsze odpowiadałam, że nie. Nigdy nie chciałam cofać czasu i niczego zmieniać ani naprawiać. Nie wiem też, skąd u ludzi przekonanie, że inna decyzja okazałaby się istotnie lepsza w perspektywie czasu. Nie wiadomo przecież, czy gdybym nie przerwała treningów, nie przydarzyłaby mi się ciężka kontuzja. Może tak właśnie było lepiej.

Ostatnio coraz częściej myślę o tym, że chciałabym cofnąć czas. Nie po to, żeby coś naprawić. Nie chciałoby mi się. A pewnie zepsułabym jeszcze bardziej. Chciałabym cofnąć czas, żeby przeżyć niektóre momenty jeszcze raz. Chciałabym jeszcze raz przeżyć styczeń 2011. Wtedy wszystko się zaczęło. Cały rok 2011 był wyjątkowy i przełomowy. Chciałabym przeżyć to jeszcze raz. Tak bardzo tęsknię. Tęsknię za tamtą sobą i za tamtym nim. I gdyby tak na chwilę, chociaż we śnie wrócić do tego.

Tak bardzo chciałabym móc przeżyć jeszcze raz najpiękniejsze momenty mojego życia. Bo były takie. Dlatego tak bardzo boli. Ktoś, kto nie poczuł szczęścia nigdy nie będzie tak nieszczęśliwy jak ten, kto je miał i stracił. Nie wiem, czy coś zjebałam czy po prostu minęło. Ale nie ma. Nie ma go i już nie będzie. Mój ideał. A ja mogę jedynie pogrążać się we wspomnieniach.

Never


skomentuj || strona główna.


Nigdy nic nie chciałam od życia. I teraz dokładnie to dostaję. Nic.

Przez chwilę się zapędziłam. Uroiło mi się, że na coś zasługuję, że jestem coś warta, że mam prawo wymagać. Ale już wracam na ziemię. Jestem śmieciem, któremu nic się nie należy i powinien z pochyloną głową dziękować za każdy ochłap, bo nawet na niego nie zasługuje.

Bardzo bolą mnie słowa najbliższych. Słowa, w których nie ma ani cienia wiary we mnie, ani odrobiny przeświadczenia o mojej wartości. To chyba typowe dla mojej rodziny. Pamiętam jak mama robiła prawo jazdy. Pamiętam, co jej babcia wtedy mówiła: ty chyba zwariowałaś! Ty i prawo jazdy?! Gdzie ty będziesz jeździć!? Już ja widzę, jak zrobisz to prawo jazdy. Prędzej mi kaktus na ręce wyrośnie, o tu!. Od czasu do czasu jak mnie babcia zdenerwuje pytam się jej gdzie ten kaktus. Minęło już wiele lat, a ja wciąż mam do niej okropny żal, że tak traktuje moją matkę, a swoją własną córkę. Jeszcze do niedawna myślałam, że moi rodzice tacy nie są. I że we mnie dziadkowie wierzą. Myliłam się. Może nie wierzyli nigdy, a może przestali po tym, jak się posypałam. Zachorowałam tak, że było to widać. Pogorszyły mi się wyniki w nauce, jak ludzie zaczynali coś robić i się rozwijać ja przestałam. Może wtedy zwątpili. A teraz kiedy próbuję stanąć na nogi słyszę słowa, które z powrotem powalają mnie do parteru. Ostatnio dziadek dojebał pytając, czy to tatuś załatwił mi pracę. No bo gdzie taka ofiara jak ja mogłaby pracować po studiach. Zabolało, bo nie dość że nikt mi niczego nie załatwił ani nawet nie podpowiedział, to jeszcze praca przyszła do mnie sama. Magistra też obroniłam. Późno bo późno, z przedłużaniem terminu ale obroniłam. I prawo jazdy też zrobię. Na wiosnę. Nie dla siebie, bo mi jeżdżenie nie potrzebne i nie lubię. Zrobię je tylko po to, żeby pokazać innym, że potrafię. Np. mojemu chłopakowi, który wczoraj zamiast mnie wesprzeć w trudnej chwili jeszcze bardziej mi dowalił i dał do zrozumienia, że nie zasługuję na więcej ani na lepiej. A ja uważam, że zasługuję!

Kurwa, bo się wzruszę. Do czego to doszło. Ja sama wierzę w siebie bardziej, niż ludzie dookoła. Tak to jeszcze nigdy nie było. Chyba zauważam pewną ciekawą zależność. Im bardziej w siebie wierzę, im lepiej o sobie myślę, tym bardziej ludzie chcą mnie z tego błędu wyprowadzić i obniżyć moją samoocenę. Cóż, przykre. Zawiść, zazdrość...

Never


skomentuj || strona główna.


Używam tylko wodoodpornego tuszu do rzęs, żeby można było płakać i nie wyglądać przy tym jak panda. I tak jestem pandą nawet bez czarnych obwódek wokół oczu.

Pamiętam, że przez całe liceum chodziłam do takiej niewielkiej, osiedlowej drogerii, gdzie były tanie kosmetyki. Każda moja wizyta wyglądała dokładnie tak samo.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
- Szukam wodoodpornego tuszu do rzęs.
- Ale jaki on ma być? Wodoodporny, żeby się nie ścierał, czy taki wodoodporny, żeby można było w nim pływać.
- Taki, żeby można było płakać.
- Aha.

Do dzisiaj nie wiem, czemu ta pani nigdy się mnie nie zapytała, dlaczego ciągle miałabym płakać. Oczywiście wtedy nie wiedziałabym co jej odpowiedzieć i pewnie już nigdy nie przyszłabym do tej drogerii. Minęło już prawie 10 lat, a ja myślę o tym prawie codziennie kiedy maluje rzęsy.

Never


skomentuj || strona główna.


Nigdy nie sądziłam, że moim życzeniem na święta będzie, żeby alkohol i narkotyki przestały istnieć. I tak dobrze wiem, że to nic nie da. A wystarczyłoby, żeby przestali istnieć źli i głupi ludzie. Ale zbyt mocno kocham tych złych i głupich ludzi, żeby się ich pozbawić. Więc zwalam winę na alkohol i narkotyki. Nieładnie.

Życzenia z zeszłego roku chyba aktualne. Bezbolesnych świąt. Po to jest wódka na stole, żeby nie bolały. Na moim rodzinnym stole wigilijnym nigdy nie było wódki. I mam nadzieję, że nie będzie. Nawet jakby miało boleć.

Never


skomentuj || strona główna.


Smutno mi w te święta. Nie że nie ma śniegu, a pogoda jest iście wielkanocna. Smutno mi, bo się nie rozdwoję. Bo nie mogę być jednocześnie w kilku miejscach. Smutno mi, bo moja dusza i serce są bezdomne gdziekolwiek bym się ciałem znajdowała.

To będą chyba pierwsze święta bez rodziców. I nie boli mnie to, że za nimi tęsknię i chciałabym z nimi być w ten dzień. W ogóle nie to. Boli mnie, że oni za mną tęsknią i że oni by chcieli. A mnie nie ma i nie będzie. Nie siądziemy razem przy świątecznym stole. Nie lubię świąt ponieważ wtedy poczucie winy uderza ze zdwojoną siłą. Normalnie siedziałabym w pracy, piła herbatkę karmelową z mlekiem i odliczała czas do końca. Gwoli ścisłości, do końca dnia, nie do końca pracy. A dzisiaj zrobiłam małe zakupy, przygotowałam rybę, na chwilę wpadłam do rodziców powiedzieć, że mnie nie będzie i usłyszeć, że jakbym zmieniła zdanie czekają na mnie. Zdążyłam się też kilka razy popłakać i stworzyć kilka czarnych scenariuszy z alkoholem, komputerem i obojętnością w roli głównej. Nic nadzwyczajnego, cała prawda o świętach. A jednak jakoś mi będzie tego brakować.

Wesołych świąt i smacznego karpia, i żeby nikomu ość nie utknęła w gardle. Ość z ryby lub ość niezgody. Żeby odnaleźć w sobie i w najbliższych magię świąt. Dużo ciepła nie ze strony kaloryfera czy kominka, tylko ze strony bliskich ludzi obok. Nie takich jak ja, co mają ręce zimne jak mrożone filety. Kiedyś jeszcze miałam zimne serce. Teraz nie mam serca już chyba wcale. Pękło albo mi je ktoś wyrwał. Została krwawiąca, bolesna rana. Ale to taki nieświąteczny temat. Czerwona krew na białym śniegu jak w którejś bajce. Tylko śniegu nie ma akurat, więc krew wsiąknie w ciemną ziemię. Nikt nawet nie zauważy. Wszechogarniający smutek absolutny. Świąteczny smutek jest jakiś taki smutniejszy od smutku powszedniego, codziennego.



Never


skomentuj || strona główna.


Święta Bożego Narodzenia to taki specyficzny czas, kiedy ludzkość dopadają bardzo specyficzne problemy. Ja nazywam je problemami świątecznymi. W żadnym innym okresie nie miałyby prawa istnieć, ale że święta rządzą się swoimi prawami to i świąteczne problemy są osobliwe.

- Boże, kto to wszystko posprząta?
- Dobrze, ja posprzątam.
Posprzątane.

- Boże, a kto to wszystko ugotuje i upiecze?
- Ja się tym zajmę.
Ugotowane i upieczone.

- Boże, a gdzie my to teraz będziemy trzymać?
- Nie ma problemu. Koleżanka wyjeżdża i zostawia wolną lodówkę.
Potrawy bezpiecznie umieszczone w lodówce koleżanki.

- Boże, a kto teraz to wszystko zje?
- ...

Świąteczne problemy potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi. Na przykład kiedy człowiek siedzi i w pewnym momencie zaczyna się tak bardzo śmiać, że spada z krzesła. Zabawniejsze od organizacyjnych są chyba tylko świąteczne problemy cukiernicze. Naprawdę z tymi świętami to zawsze była niezła komedia. Jak ktoś lubi czarny humor. Zawsze dużo nerwów, dużo złości i dużo łez mnie święta kosztowały. Ale zawsze było coś, co można było wspominać z sentymentem. Czy to płaskie ciasto z mąki czy firankę i prześcieradło na stole zamiast obrusu. Świątecznie.

Never


skomentuj || strona główna.


Już po wszystkim. Koniec. Wigilia, która w połowie jest normalnym dniem pracującym i dwa dodatkowe dni wolne. Tylko tyle. Szybko minęło i bezboleśnie nawet. Spytałabym: i o co było tyle krzyku?, ale żadnego krzyku nie było.

Zabrakło mi miejsca w żołądku, jak zwykle przy takich okazjach. I potwornie zmęczyło mnie to objadanie się i ładowanie do żołądka wszystkiego jak leci, niczym do wózka sklepowego na cotygodniowych zakupach. Nie miałam choinki, jedynie mały stroik od cioci. I takie łańcuchy świąteczne, ale nawet nie zdążyłam ich nigdzie umiejscowić, teraz tak na nie patrzę, a już po świętach i rok będą znowu leżeć i czekać.

A teraz rutynowy uśmiech, puder na twarz, czapka na głowę, tabletki do ust, parasol w dłoń i w drogę. I żeby nie myśleć, żeby tylko nie myśleć o tym wszystkim, co mnie męczy, dręczy i frapuje. Żeby nie czuć się źle i najgorzej. To nie jest tak, że nie doceniam. Naprawdę widzę i doceniam: fajne prezenty, zaproszenie moich rodziców, śniadanie do pracy, buziaka na dzień dobry w zaspany policzek, kocham cię przez telefon i do zobaczenia wieczorem. Nie chcę wyjść na zachłanną, ale to nie wszystko, to za mało. Przykro mi. Należy starać się bardziej.

Rozchorowałam się. Tzn. ciocia wykrakała. Wpadła do nas w Wigilię zapowiadając się jako nieproszony gość, a po wyjściu puściła do mojej mamy plotkę, że niby jestem chora. I jak się dowiedziałam to się rozchorowałam. Teraz trochę smarkam, trochę boli mnie gardło i paskudnie kaszlę. Dzięki ciociu, że mnie rozchorowałaś.

Całe święta spędziłam w sumie w łóżku oglądając filmy i objadając się słodyczami. Próbowałam wyjść na lodowisko, ale na miejscu okazało się, że lodowisku stopniało i jest basen. A ja nie wzięłam ze sobą kostiumu kąpielowego, więc poszliśmy na kebaba. Bardzo świątecznie. Tak się zastanawiam jak bardzo trzeba być innym, żeby w pierwszy dzień świąt iść na kebaba.

Never


skomentuj || strona główna.


Zupełnie niczym się nie charakteryzuje. Bez polotu, bez pomysłu. Typowy charakterystyczny styl czyli w kółko to samo bla bla bla.

Tak właśnie mogłabym opisać siebie i całe to ponad ośmioletnie archiwum bloga. Takie nic. Taki bełkot. Czasami był to pijany bełkot, czasami bełkot rozpaczy, a nieraz i pseudointelektualny bełkot. Wszędzie bełkot.

Nie powinnam się dziwić, że nikt mnie nie chce słuchać. Że nikt nie chce dyskutować na temat moich urojeń i przywidzeń. Że nikt nawet nie chce na mnie patrzeć ani mnie dotykać. Ty i twój bełkot od którego tylko boli głowa.

Never


skomentuj || strona główna.


Los się do mnie ironicznie uśmiecha. Zawsze w moim życiu było tak, że musiało dziać się coś złego, żeby mogło być dobrze. Począwszy od najmłodszych lat, im bardziej byłam chora i czułam się źle, tym lepiej miałam. Mogłam oglądać telewizję cały dzień a rodzice podtykali mi pod nos słodycze, czasami nawet dostawałam jakieś drobne upominki typu kolorowanka czy kolejne autko do kolekcji.

Z biegiem czasu niewiele się zmieniło. Tylko tyle, że wspomniane zjawisko osiągnęło bardziej globalny wymiar. Najlepsze wieczory, najfajniejsze nocne spacery i popijawy były wtedy, kiedy mój towarzysz lub towarzyszka miał problem. Albo kiedy ja miałam problem. Alkohol wtedy najlepiej smakował, wódka najłatwiej wchodziła, w nocnych zawsze była promocja, pogoda była idealna, żadnej policji ani straży miejskiej w promieniu kilometra, a następnego dnia nikt nie miał kaca. Takie szczęście w nieszczęściu. A jak tylko spróbowaliśmy pić bez powodu, kiedy nic złego się nie działo to zawsze co chwilę patrol policji, z nieba deszcz, zimno, alkohol podrożał, sklepy pozamykane a w portfelu pustka, na dodatek nawet piwo nie smakowało, a nazajutrz kac był niemalże śmiertelny.

Pisałam już kiedyś, że jestem człowiekiem na złe. Zazwyczaj większość ludzi jest na dobre. Kiedy są pieniądze, zdrowie, powodzenia, kiedy nic się nie dzieje. Ja na odwrót. Odnajduję się tylko w nieszczęściu. W problemach, na które nic nie mogę poradzić, ale które mogę z kimś dzielić, w których mogę się z kimś taplać. Umiem podać chusteczkę, przytulić, być, rozumieć, słuchać. Nie umiem śmiać się, bawić, cieszyć, żartować. Potrafię tylko wspierać w trudnych momentach, ale te trudne momenty kiedyś się kończą. Tak, naprawdę. To wszystko minie. Wówczas jestem bezużyteczna. Po co ktoś miałby nosić parasol, kiedy nie ma deszczu. Można schować na strych lub do piwnicy, rzucić gdzieś w kąt. Przyda się, kiedy znowu zacznie padać. Jestem takim parasolem. Nie nadaję się do niczego innego. Zaistniała sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że ja prawdopodobnie zupełnie nieświadomie ściągam na ludzi problemy, żebym mogła zacząć być im potrzebna. Normalna reakcja, typowy mechanizm. Ale trochę przerażające.

Nie przywykłam do szczęścia, do spokoju, do tego że wszystko jest dobrze. Bo nigdy nie było i nie będzie. Nie u mnie. Kiedy wszystko jest w porządku ja się męczę. Męczy mnie radość, beztroska, dystans, żarty. Brakuje mi takiej śmiertelnej powagi i deklaracji na śmierć i życie. Tylko w trudnych chwilach człowiek może sprawdzić siebie i innych. Kiedy nic się nie dzieje, nic nie wiadomo. Brakuje mi tego czasu, kiedy każdy gest i każde słowo było tak cholernie ważne i znaczące.

Naszła mnie taka rozkmina, bo widzisz, jak się boisz i jak masz problem, to potrafisz się przytulić w nocy. Potrzebujesz tego. A teraz wyobraź sobie, że ja potrzebuje tego wszystkiego cały czas, non stop, bo bez przerwy czuję się tak, jakbym miała problem i bez przerwy się boję. I chciałabym, żeby ktoś bał się ze mną i żeby ktoś mnie pocieszał, przytulał i wspierał. Tak jak obiecał i jak mam to na piśmie.

Biedna, chora dziewczynka...

Never


skomentuj || strona główna.


Wszechogarniająca niemoc, kiedy nie masz z kim porozmawiać, nie masz o czym i brak ci słów. Więc tylko milczysz, głupio się patrzysz i bezradnie uśmiechasz. A twój przyszły-niedoszły rozmówca również czuje tę niemoc i tylko głupio się patrzy, bezradnie się uśmiecha i bezmyślnie potakuje. I wiesz, że na nic więcej nigdy stać cię nie będzie.

Never


skomentuj || strona główna.


Od dawna nie lubiłam tego dnia. I tej presji z nim związanej, że trzeba gdzieś wyjść, z kimś, świetnie się bawić i pić. A jeszcze gorszy był dzień kolejny. I nie mówię tutaj o kacu, a o pierwszym dniu nowego roku i związanych z nim postanowieniach, które owszem miałam i nigdy nie udało mi się ich zrealizować.

A gdyby tak krótki przegląd Sylwestrów na przełomie kilku lat? Cóż. Ostatniego Sylwestra przespałam. Najebana. A miało być fajnie. I pewnie było tylko nie pamiętam i spałam. Dwa lata temu spędziłam bezalkoholowego Sylwestra z moim chłopakiem, tylko we dwoje. Było wyjątkowo. Może nawet to był ostatni taki wyjątkowy nasz wspólny dzień. Rok wcześniej spędziłam najfajniejszego Sylwestra w swoim życiu. Najfaniejszego, bo poznałam miłość mojego życia. Najfajniejszego, bo byłam wolna, mogłam robić, co chciałam i to właśnie robiłam. Oczywiście darcie ryja mamy tradycję jebać policję nie było ani mądre, ani fajne, ale wtedy miałam ochotę to zrobić i to zrobiłam. Całowałam wszystkich, których ochotę miałam całować. Robiłam zdjęcia i pozowałam do zdjęć. Czasami oglądam je z taką tęsknotą i sentymentem za tamtą atrakcyjną, pewną siebie i wesołą dziewczyną. Ale jednego wtedy nie robiłam, na co miałam ochotę. Nie jadłam. Nie zjadłam nic. Nic przez 48 godzin. Ale i tak ważyła około 60 kg. W 2010 roku Sylwestra spędziłam w domu. Sama. Próbując spać i objadając się czekoladkami pod kołdrą. Nie miałam gdzie ani z kim iść, więc udawałam, że jestem ponad to. I że śpię. Bo rok wcześniej poszłam na imprezę sylwestrową bardzo na siłę. Żeby tylko gdzieś iść i coś zrobić. I nie było źle. Było nawet całkiem miło. Ale trochę niesmak też był. Sylwester zawsze był problemowy. Jak byłam w liceum miałam fajnego Sylwestra. Chociaż zakochałam się na tej imprezie w jednym kolesiu, a nawet nie wiedziałam, jak ma na imię. I z półtora roku albo i dwa lata byłam w nim zakochana. Rudy. Osiedlowy bandyta i ćpun. Zawsze miałam świetny gust. Pamiętam ile chusteczek wypłakałam. Moja mama chyba myślała, że mnie ktoś zgwałcił na tym Sylwestrze taka się nieszczęśliwa po nim zrobiłam. I tak miesiącami. Teraz to aż mi się śmiać chce, ale wtedy to była tragedia.

Nie bardzo chce mi się myśleć o nadchodzącym Sylwestrze. To również urodziny mojego chłopaka, więc pozwoliłam mu zaprosić kogo chce z nadzieją, że nie zaprosi nikogo ze swojej patologicznej rodziny ani znajomych kryminalistów. Powiedziałam wyraźnie to twoje urodziny, możesz zaprosić kogo chcesz, w pewnych granicach oczywiście. Ale i tak w wyobraźni widzę już te wszystkie pijane mordy, rzucanie mięsem (i szklankami o zgrozo) i gorzej mi. Zrobiłabym koreczki z oliwkami, ale przecież nikt tego jadł nie będzie. Tylko chipsy i wóda. Jutro nie idę do pracy, żeby nakupić wódy. Dużo wódy. Trzeba dużo pić, bo się wódka obrazi. Gardzę pijaństwem, ale myślę, że będę pierwszą osobą, która będzie potrzebowała się znieczulić. Przywiozę sobie jeszcze z domu rodzinnego taki duży kieliszek, podwójny, dla gospodarza czyli dla mnie.

Never


skomentuj || strona główna.


Znalazłam dzisiaj rozwiązanie problemu koperty, a raczej jej zawartości, dla księdza po kolędzie.

Należy co następuje:
- znaleźć ładną modlitwę
- zapisać ją odręcznie na ładnym papierze
- dopisać : w intencji zdrowia i pomyślności Papieża Franciszka, Kościoła Powszechnego i Parafii.
- taką karteczkę składamy do koperty podpisanej " Dla księdza Proboszcza "
Nic tak nie cieszy duchownego jak modlitwa ze szczerego serca płynąca... żadne pieniądze jej zastąpić nie mogą, żadne pieniądze nie są już w takim przypadku potrzebne.


Never


skomentuj || strona główna.


Czasami po prostu nie wierzę. Nie wierzę, że takie rzeczy się dzieją naprawdę. Tak dobre, tak złe, tak niespotykane. Często mam absurdalne myśli i wyobrażam sobie rzeczy, które się nie zdarzają. A później one mi się przytrafiają. Nigdy bym nie pomyślała. Nie spodziewałabym się. Życie jest zaskakujące. Nie wierzę w swoje życie. Nikt nie wierzy, że ja tak naprawdę. Że tacy ludzie istnieją. Że takie sytuacje mają miejsce nie tylko w naiwnych i wyolbrzymionych filmach i książkach.

Never


skomentuj || strona główna.




||


archiwum || złote myśli
stat4u