Zastanawiałam się ostatnio nad moją aspołecznością. I to nie jest do końca tak. Nie jest tak, że ja ludzi nie lubię i nie chcę w ogóle. Ja ich zazwyczaj nie lubię i nie chcę jedynie w swoim domu. Bardzo chętnie natomiast zawitam w charakterze gościa do ich domów. Wiadomo, że nie zawsze i nie często, ale czasami to i owszem mogę.

Pierwszy powód takiego stanu rzeczy jest zabawny i prozaiczny. Wolę iść do kogoś i jemu robić bałagan i kłopot, niż gdyby ktoś miał robić go mnie. Drugi powód jest bardziej skomplikowany. Chodzi o to, że wolę na kogoś zwalić odpowiedzialność za opiekę nad gościem (czyli sobą) niż samej tę odpowiedzialność podjąć i zająć się swym gościem. Do tego dochodzi jeszcze problem wyjścia. Kiedy mam gościa na głowie (czyli w mieszkaniu) muszę się natrudzić, żeby skutecznie aczkolwiek taktownie i grzecznie się go pozbyć. Kiedy ja jestem gościem sprawa jest prosta. Mówię nara i wychodzę. Zazwyczaj nawet nikt mnie nie próbuje zatrzymywać, co mnie nie dziwi. Też nigdy żadnego gościa nie próbowałam u siebie zatrzymywać, wręcz przeciwnie.

No coś z aspołecznej istoty mam, ale staram się jak mogę, żeby pomimo tego w miarę poprawnie funkcjonować w społeczeństwie. I właśnie dlatego wolę przychodzić do kogoś, niż żeby ktoś miał przychodzić do mnie.



Never


skomentuj || strona główna.




||


archiwum || złote myśli
stat4u