Bardzo często i chyba od zawsze miewam rozkminy o śmierci. Przez te wszystkie lata przybierały one bardzo różne formy. Nieraz były filozoficzne, kiedy indziej przepełnione chęcią zemsty lub strachem. Chyba nie jest dobrze, żeby człowiek od urodzenia cały czas myślał o śmierci.

Celem życia jest śmierć. Jesteśmy sobie, zdobywamy kolejne szczyty, pijemy, palimy, śmiejemy się, zaspokajamy najbardziej przyziemne potrzeby. Idziemy po różnych drogach, wszystkie jednak prowadzą do jednego celu. Pomyśl, teraz śmiejesz się, zataczasz po osiedlu w stanie wskazującym na spożycie, kupujesz różowy błyszczyk, nosisz za małe bluzki. Wyobraź sobie jakby to było leżeć kilka metrów pod ziemią i nie robić już kompletnie nic. I nie czuć już kompletnie nic. I nie istnieć w ogóle. Nie istnieć, najwyżej być. Jako zimne, rozkładające się zwłoki, zjadane przez robaki. Nie mam nikogo bliskiego pod ziemią, bo nigdy nie było nikogo na ziemi. Kilku jest jeszcze na ziemi. Później będę płacić komuś, żeby posprzątał ich grób i pomodlił się, bo ja przecież jestem niewierząca. Jakie to jest dziwne. Jest sobie człowiek, żyje, chodzi, śmieje się, płacze, oddycha i nagle koniec. Jeden zły krok, jedna chwila i koniec. Potem już tylko pusty cmentarz przezywający oblężenie przez różnorakie osobistości, od przystojnych młodzieńców z żelem na włosach do starszych, wiecznie niezadowolonych babć, gdzieś na przełomie końca października a początku listopada. Śmierć, żałoba, kolor czarny i fioletowy. Podziwiam przed lustrem moje czarne włosy mieniące się fioletowymi refleksami. Ciepło, słońce świeci. Chodźmy na cmentarz, bo pięknie jest teraz na cmentarzu. Jak będę mieć kasę kupię sobie nagrobek, żeby mi nikt miejsca nie zajął na cmentarzu, a poza tym później będzie drożej. Ciekawe, jakie to jest uczucie patrzeć na własny grób, kiedy się jest żywym. Ciekawe, jakie to jest uczucie być martwym.

Never


skomentuj || strona główna.


Wszystko się pieprzy. Średnio dwa razy dziennie wywala korki w mieszkaniu. Głuchy huk i ciemność. A potem światłość wraca jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jestem wróżką. Niebo? Drugie życie? Nie, to tylko elektryczność. Komputer żyje własnym życiem i restartuje się kilkanaście razy dziennie. Zazwyczaj wtedy, kiedy robię coś ważnego. Muszę oczyścić i zdefragmentować dysk, chociaż wątpię, żeby to cokolwiek dało. Podobno jestem jak taki facet, który przychodzi do baru, dostaje w łeb i wyrzucają go na zbity pysk. Następnego dnia on znowu wraca i historia się powtarza. Już wiem, z którym chłopakiem spędziłam ten miły wrześniowy wieczór. I nic. Tylko tyle, że w ciemnościach wyglądał lepiej. Ale to nie tak. Z nas dwojga to on jest lepszy. Matka wpycha we mnie tony jedzenia. Zbyt pikantne, parzy wnętrzności. Rzygam. Rzygam tą całą ambitną literaturą. Czuję się jak intelektualna abstynentka z mózgiem przeżartym przez treści typu Bravo Girl. Kiedyś wydawało mi się, że jestem inna, oryginalna, że gardzę komercją. Otóż to. Wydawało mi się. Czas dorosnąć. Zmyć różową szminkę, zdjąć adidasy. Muszę trzymać się ziemi, chociaż ciągnie mnie w górę, do nieba. Boję się wznieść ponad prostą, szarą codzienność. Boję się powrotów do życia. Moja rutyna. Twarda podłoga. Muzyka na full i w kółko ta sama piosenka. W kółko te same zdarzenia. W kółko robię to samo, tylko zmieniam narzędzia. W kółko ten sam scenariusz. Identyczny dla każdego. Cień, animus, wielka matka, stary mędrzec i mandala. Scenariusz dla każdego oprócz intelektualnych impotentów z mózgiem przeżartym przez Mtv. W głębi duszy nadal kocham tego skurwysyna. Taki miałam opis na gadu i on się odezwał. Spytał, czy chodzi o niego. Powiedziałam, że nie. Lepiej zostać w pamięci jako milutka wakacyjna przygoda, niż upierdliwy, natarczywy babsztyl ze skłonnością do przesady. Co ja poradzę na to, że kojarzy mi się z piwem oraz frytkami i prawdopodobnie już zawsze tak mi się będzie kojarzył. Nie mamy sobie już nic do powiedzenia. Przynajmniej on nie ma, a ja wolę przemilczeć. Zgubiłam jego zdjęcia. Te sprzed kilku lat. Nie chcę aktualnych, chcę tamte. Zamienił stryjek nóż na wódkę. Maluję oczy czarną kredką, obgryzam paznokcie do krwi, jem sztuczny miód, który się skrystalizował, upajam się zapachem kawy. Zimno mi. Przytul mnie jak wtedy na ognisku. Pocałuj mnie jak wtedy nad jeziorem. Patrz na mnie z podziwem i uznaniem jak wtedy na turnieju. Po prostu mnie kochaj kimkolwiek miałbyś być. Farbowanym blondynem z łańcuchem na szyi, wesołym, miłym chłopakiem albo wysportowanym brunetem. Paranoja nastolatki czy marzenie każdego człowieka? Serce w przeszłości rozpamiętuje i tęskni. Umysł w przyszłości planuje. Obsesja na punkcie litery m? Przypadek czy przeznaczenie? Nie wierzę w przeznaczenie, a przypadków zbyt wiele. Nadinterpretacja prawdopodobnie.

Never


skomentuj || strona główna.


Czemu sobie dzisiaj oka nie podbiłaś? Śledziłam go. Tak, tego chłopaka z ogniska. Niestety zgubiłam gdzieś w okolicach poradni zdrowia. Szkoda, ale w końcu jutro też jest dzień i jutro on też będzie musiał wrócić do domu. Z reguły jest mi ciepło. Dlatego gorszę ludzi paradując w bluzeczkach bez rękawków w zimne, górskie wieczory. Szalik, rękawiczki, czapka dla mnie nie istnieją. Chyba, że te foliowe rękawiczki do jednorazowego użytku podczas farbowania włosów. Kurtka tylko w wyjątkowych sytuacjach. No wiecie, śnieg po pachy i te sprawy. Kąpałam się wczoraj w lodowatej wodzie, co spowodowało krótkotrwały, aczkolwiek dotkliwy ból skóry. Bo ja muszę sobie, a przede wszystkim reszcie ludzi dookoła udowodnić, że jestem twarda. Tak, to brzmi zdecydowanie lepiej, niż gdybym napisała, że zwyczajnie mi się piecyka zapalać nie chciało. Trzy razy kichnęłam na starannie wymyte lustro i tyle. Jeśli ktoś ma nadzieję, że dostanę zapalenia płuc, oskrzeli, ucha tudzież mózgu to się przeliczył. Nie wiem, co ty sobie w ogóle myślisz? Że jak ty będziesz fajny to ja też fajna będę? Przepraszam za swoją próżność, dumę i zarozumiałość, ale naprawdę uważam, że mam ładne oko. Tylko ręce mam brzydkie. Z bliznami, krwią i brudem za obgryzionymi paznokciami. Chciałabym nie mieć odcisków palców ani DNA. Chciałabym móc kontrolować moje sny. Uczyniłabym z nich świat idealny, a te chwile, kiedy to nie leżałabym na wznak bez świadomości byłyby tylko złym snem. Profilaktycznie jem tabletki przeciwbólowe, żeby, jeżeli coś ma mnie zacząć boleć nie zaczęło. Mieszkam zbyt wysoko i mam za mało jodu. Podobno moja tarczyca źle pracuję i dlatego muszę jeść te niebieskie tabletki w smaku przypominające talk. Zastanawiam się, dlaczego akurat wtedy, kiedy mam tłuste włosy i wyglądam niekorzystnie, tudzież niekorzystnie się czuję spotykam mężczyzn i powstają między nami intensywne, chociaż krótkotrwałe oddziaływania, stosunki i zależności. Mam wrażenie, że nadużywam w wypowiedziach pisemnych słowa tudzież. Moje rozmowy z ludźmi odbywają się na zasadzie popierdolmy o niczym. Że powiedziałam, że mnie mdli i poszłam do higienistki. Tamta mi dała jakieś krople i wtedy to dopiero zaczęło mnie mdlić. Szkoda, że w realu nie mam takiego powodzenia jak na gadu. Codzienie kilkunastu nieznajomych pragnie nawiązać bliższy kontakt, proponuje szczęśliwe numerki i spotkania w cztery oczy tudzież dyskusje na temat sensu życia. A w realu wyglądam lepiej niż na zdjęciu. Tylko wyjątki płyną z prądem, reszta spada na dno. Mogłabym być każdym, ale chcę być sobą i dlatego jestem nikim. Cholernie zazdroszczę ludziom, którzy są fajni. Miłość i nienawiść to dzieci niewoli wydane na świat dla lepszej kontroli, nad ludźmi, którzy muszą mieć podziały, bo bez nich świat zrobi się zbyt szary. Powtarzam to sobie i patrzę w lustro jak łzy spływają po policzkach zostawiając czarne smugi. Sikasz mi na głowę i mówisz, że to deszcz. Wyklinam cały świat. I mówię sama do siebie jak wszystkich nienawidzę. I zaciskam dłonie w pięści. Wstążki krwi płynące po rękach już dawno przestały być dla mnie wyrazem nieszczęścia czy bólu, buntu ani w ogóle niczego. Nie znaczą już nic. W języku polskim bardzo denerwują mnie podwójne zaprzeczenia, bo znaczą coś zupełnie przeciwnego, niż podpowiada logika. W alternatywie wystarczy jedna prawda, żeby wszystko było prawdą. W koniunkcji jeden fałsz sprawia, że wszystko jest fałszywe. A jak jest w życiu? Z prawdy nie wynika fałsz, ale z fałszu wynika prawda zgodnie z zasadami implikacji? Prawda. Fałsz. True. False. Richtig. Falsch. Więcej języków nie znam i wcale nie cierpię z tego powodu. Tęsknię za klasą o profilu matematycznym, bo humanistka to ze mnie taka, jak z Pudzianowskiego baletnica. Nie zasłaniaj mi słońca. Bo ustawił się taki jeden przede mną i zasłonił mi cały świat. Znowu zimno, znowu błoto na butach, gęsia skórka, zero na termometrze, ciemność tonąca we mgle lub na odwrót, rosa na włosach. Widuję go codziennie, w szkole lub na zdjęciu. I śmiech miesza się z łzami. Powieszę sobie jego zdjęcie nad łóżkiem. Albo postawię na biurku. Powieszę go, albo postawię sobie na biurku, niech zaspokaja moje potrzeby i nie rusza się z miejsca. Bo wszyscy chcemy mieć innych na własność. Przynajmniej ja chcę. Polacy fałszują mięso. To straszne. A ja mam przyjaciół w Wołominie. I fioletowe włosy. A on i tak nie zwraca na mnie uwagi. A próbowałam już prawie wszystkiego. To, że jestem rocznik (ekhm tu się kawa wyalała) nie znaczy, że jestem gorsza. Śliczna i czarująca jak zwykle. To tego skromna. Och i ach. Jejku jejku, jaka ja jestem wspaniała. Tylko czytać nie umiem. O czytaniu ze zrozumieniem nie wspominając. Za to potrafię sformatować dysk. Nie dla prowokacji. Więc dlaczego? Sam się dowiedz.

Never


skomentuj || strona główna.


Mieszkamy kilka metrów w dół lub w górę od siebie. Słyszę wasze śmiechy, muzykę, kłótnie, rozmowy. Słyszę, jak szurasz po ziemi rozsuwając łóżko, jak zbiegasz ze schodów robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Mieszkamy obok siebie. Przechodzimy obok siebie obojętnie, mijamy się każdego dnia rzucając najwyżej niedosłyszalne cześć lub dzień dobry. A wiesz, co? Nie ma w tym nic wzniosłego, szlachetnego ani wspaniałego. Że idą sobie ludzie i mają cel. Muszą sobie pomagać, bo są przyjaciółmi i muszą się eliminować, bo są dla siebie konkurencją. I muszą zachowywać pozory. Mają na plecach ciężkie plecaki z jedzeniem i wodą. Na twarzach radość miesza się ze zmęczeniem, nadzieja ze zwątpieniem, uśmiech pokrywają łzy. Zdecydowali odważnie i nie ma odwrotu. Muszą teraz iść, dopóki nie dojdą na szczyt. Gdyby ktoś zawrócił, zrezygnował, poddał się, umarłby w oczach reszty. Na początku idą wszyscy razem zgraną grupą. Zatrzymują się, żeby słabsi odpoczęli, częstują wodą, której jeszcze nie brakuje. Śmieją się, rozmawiają, wygłupiają. Mijają godziny i nagle można spostrzec, że część pozostała z tyłu, jeden wyprzedził grupę o kilkanaście minut. Patrzą nieprzytomnie w dal, w górę, w przyszłość, nie patrzą na boki. Nie widzą się nawzajem. Liczy się żeby iść. Ciągle iść. Coraz dalej. Przywykli już do przenikliwego bólu mięśni, lodowatego wiatru i palącego słońca. Nie zwracają na to uwagi. Szli wszyscy razem. Na szczyt wszedł jeden. Najsilniejszy. A potem wtoczyła się cała reszta wycieczki wzdychając i wydając inne dziwne dźwięki. Nie od razu. Kilkuosobowymi grupkami. Michał poczęstował mnie chipsami i kazał zjeść kanapkę, po których zazwyczaj rzygam. Zimno jak skurwysyn, piździ jak na ruskim targu, ale szczyt zdobyty. Leniwe minuty spędzane na gadaniu o homoseksualizmie przy kominku. Jak zawsze w życiu była i integracja, i podziały. I kurtka, którą mi pożyczył, a sam zamarzał. Biedaczek. I tak mnie teraz nie poznaje. Skandal to jest, wybrać się w pagórki i wjechać na szczyt wyciągiem. Skrzyczne. Beskid jakiś tam. A wieczorem ognisko i ten, co mi świat cały zasłonił, przytulił, nie śmierdział wódką i udaje, że mnie nie zna. Wolę sobie wmawiać, że jest równie nieśmiały jak ja. Jejku jejku, jaki on jest wspaniały. A właściwie oni, bo obecnie są dwaj. Jeden ten, co mi dał nadzieję, a drugi taki przystojny. Cóż jak poradzę, na to, że lubię ludzi, którzy traktują (lub raz potraktowali) mnie normalnie? Co ja poradzę, na to, że lecę na każdego ABS’a (Absolutny Brak Szyi)? Jazda, jak na Boże Narodzenie.

Never


skomentuj || strona główna.


Jeżeli pani przeszkadza mój goły brzuch mogę naciągnąć bluzeczką niżej i chodzić z gołymi cyckami. Jak kto woli. Nie mogę już patrzeć na te zdjęcia. Nie mogę już patrzeć na jego, wszechobecną w moim życiu, mordę. W ogóle nie mogę patrzeć, bo nalałam sobie szamponu do oka. Czary nie magia. Stałam przed szkołą, gadałam o niczym i patrzyłam jak stał kilka kroków dalej. I nagle zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Tak po prostu. Uwielbiam mój żel pod prysznic o zapachu świeżym niczym morska bryza, czy coś takiego. Mój szampon o zapachu moreli. Uwielbiam wodę z kranu, która nie klei się do ciała. I moją świnkę morską, która jest niezwykle fotogeniczna i pachnie trocinami. Chodzi po domu tupiąc cichutko paznokciami i równie cichutko piszcząc. Chodzi na spacery do kuchni i z powrotem, a jak była młodsza wbiegała w ściany. I lubię wszechobecny syf w moim pokoju. Już któraś osoba wchodząc wypowiedziała sakramentalne, co tu tak śmierdzi? Tata był na tyle dyskretny, że po prostu otworzył okno. Oczywiście z nutką przesady, bo na śmietniku wcale nie pachnie o niebo lepiej, kontener ze śmieciami nie stoi pod moim oknem, szyby w oknach nie są czarne z brudu, po biurku nie biegają karaluchy (tak, bo nawet one wyginęły w tym toksycznym środowisku), a ja nie musiałam przekopywać tunelu, żeby dostać się do drzwi. Już wiem, co czuje człowiek, który jest duszony i nie może oddychać. Taka cholerna bezradność i piekący ból oczu. Jestem ponad tym. Wali mnie to. Mam to w dupie. Łachy bez. Nie to nie. Nie będę się prosić. Nigdy nie umiałam walczyć o swoje. Jedyne, o co umiem walczyć to życie, w sensie oddychanie i bicie serce. Jedno wielkie nic. Zamknięte pomieszczenie, cztery ściany, niedyskretne pytania, kamera i lustro weneckie. Dziwne uczucie. Bardzo nieprzyjemne. Każde słowo i ruch pod obstrzałem kamer i mnóstwa ludzi znających się na wszystkim i wiedzących wszystko. No to ja ci powiem prawdę, a ty tylko grzecznie potwierdzisz. Załamałam się. A wszystko przez nadgorliwość, źle rozumiane pojęcie obowiązku obywatelskiego. Taki imbecyl bez mózgu, co nie rozumie, że czasami trzeba w imię dobra, przymknąć na coś oko. I rzeczywiście takie dobro, że inni mają więcej roboty, a ja mam gówno w papierach i mogę zapomnieć o pracy w kancelarii adwokackiej. I w ogóle mogę zapomnieć o normalnym życiu, bo jeden incydent będzie się za mną wlókł przez całe życie. Już postanowiłam. Rodzice się zawiodą, ale inaczej nie mam szans nic osiągnąć. Książki, zeszyty, słowniki rozwalone na całej podłodze. Ja się uczę. Człowiek naprawdę bardzo łatwo się przyzwyczaja. Na początku to wszystko robi na tobie piorunujące wrażenie, potem przechodzisz nad tym do porządku dziennego. Pierwsza śmierć widziana na własne oczy jest okrutna, przerażająca, powoduje mdłości oraz koszmary senne i te na jawie. Każda kolejna znaczy coraz mniej. Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka. Ja też się do wielu rzeczy przyzwyczaiłam i myślą, że jestem bezuczuciowym robotem. W życiu nie miałam w ręce pistoletu. Jestem normalna i otaczam się normalnymi ludźmi. Nie pindami na obcasach ze sztucznym mózgiem i paznokciami. Nie przystojniakami z toną żelu na włosach. Normalnymi, myślącymi ludźmi, którzy nie są piękni i noszą koszule w kratkę. Tak, chciałabyś. Nie lubię ideałów. Ideały wcale nie są piękne. Ideały są obrzydliwe, odrażające, nudne, brzydkie. Piekno jest dla nieszczęśliwych, którzy nie kochają. A teraz idę spać z moim wyimaginowanym M. Denerwują mnie ważne, osobiste rozmowy za zamkniętymi drzwiami. Zwrot porozmawiajmy sprawia, że zaczynam się tarzać ze śmiechu. Może ja po prostu nie umiem rozmawiać. No, ale chyba lepiej działać niż gadać, nie? Pierdolić gronowładnych. Uszy mnie bolą, niedługo ogłuchnę, ale póki jeszcze słyszę, to muza na full. Trza korzystać ze słuchu, póki się go jeszcze ma. Kolejny stracony dzień z życia poza kontrolą. Wiadomo.

Never


skomentuj || strona główna.


Żujemy gumę w trakcie lekcji, przed i po. Rozmyślamy na temat wiśniowych papierosów i sufitu. Słuchamy radia na matematyce. Coś za coś, wiadomo. Albo masz sufit nad głową albo nie. Albo masz wolność, albo opiekę. Skoro wszystko jest wszystkim, a nasze zmysły nas zwodzą, to, o czym tu w ogóle gadać? Napój żurawinowo-porzeczkowy, o wyjątkowym słodko-cierpkim smaku, który sprawia, że jest niezwykle orzeźwiający. Czuję się taka malutka. Za to ciśnienie mam o wiele za wysokie, ale to chyba tylko dzisiaj. W ogóle dzisiaj dziwnie jakoś. Cały czas mam ataki śmiechu, bez wyraźnego powodu, ręce mi się trzęsą, długopis wypada. Muszę sobie znaleźć nowy obiekt westchnień i platonicznej miłości, bo ten już mi się znudził.

Never


skomentuj || strona główna.


Uwaga, uwaga, kierowca, który zaparkował na miejscu dla niepełnosprawnych proszony jest o spalenie się ze wstydu. A następnie cały hipermarket zapłonął. Stukam w te białe z czarnym tym. Mam dziwne wrażenie, że ludzie z pewnej podlubelskiej miejscowości upatrują sens życia w piciu. Jego morda powoduje u mnie odruchy wymiotne. Jestem fajnym chłopakiem. Lol. Rotfl. Buhahaha. Przepraszam, to była spontaniczna reakcja. Dowiaduję się właśnie jak to pijany kumpel kogoś tam, bo nie mój przecież, narzygał z drugiego piętra na psa sąsiadów. Gadki na temat picia są bardzo zwałowe, że tak to określę. A te na temat rzygania jeszcze gorsze. Chwilowo obiektu westchnień brak, więc i pisać nie ma za bardzo o kim. Widuję go, mijamy się, patrzę mu w oczy, jeżeli akurat nie mam czegoś ważniejszego do roboty i nic nie czuję. Kompletnie żadnych uczuć, a nie wywoływanie u mnie uczuć automatycznie dyskwalifikuje go, jako obiekt westchnień. Nic tak nie poprawia kobiecie humoru jak zakupy. Nic tak nie poprawia humoru kobiecie jak ciasne, klekoczące, brudne autobusy ze śmierdzącymi i głupimi ludźmi w środku. Nic tak nie poprawia kobiecie humoru, jak duszne gorące powietrze, tłok i bezlitosne lustro w przymierzalni. Nic tak nie poprawia kobiecie humoru, jak świadomość wydania mnóstwa pieniędzy na coś zupełnie niepotrzebnego. To tylko dzisiaj szał zakupów. Potem znowu kilkumiesięczny zakupowy post. A nigdy nie zgadniecie, kogo widziałam w autobusie. I wszystko pięknie, ładnie, tylko to nie był on. Chciałabym móc cały czas nosić kamizelkę kuloodporną. Czułabym się wtedy przynajmniej trochę bardziej bezpieczna. Tak, wiem, panikara. Ręce mi się trzęsą. Dzisiaj pierwszy raz od kilku dobrych lat rozpłakałam się publicznie. I naprawdę miałam w dupie, co kto o tym myśli, że Grzesiu widzi, że powinnam być twarda. I tak mi jakoś lżej trochę na sercu, co nie zmienia faktu, że znowu czuję, iż postąpiłam podle, albo przynajmniej samolubnie. Jest w tym coś niezwykłego. Zimno, wilgotno, co kilka sekund przejeżdżają samochody pozostawiając po sobie tylko pęd powietrza i zapach spalin. Światła w ciemności. Miło tak czasem posiedzieć sobie wieczorem na przystanku autobusowym. Przed sobą masz tętniącą życiem jezdnię, a za sobą pustkę, jakieś pagórki i nieoświetloną drogę. I tak sobie czasem myślę, że jak będę wracała, to jakiś facet zaciągnie mnie w te krzaki, zgwałci, pobije i zabije, albo na odwrót. W głośnikach cisza. Umawiamy się ze znajomymi na picie. Kiedyś się szło na plotki, na pizzę, na spacer. Teraz na picie. Chodzi o to, żeby się najebać do nieprzytomności. Takie czasy, taka młodzież. Sorry. Reakcjami chemicznymi uczucia nie są, tak jak kac nie jest wódką. Codziennie patrzę na nie swoimi zakłamanymi, mściwymi oczkami analizując każdy ich ruch, każdy błąd. Wszystko, za co mogłabym się mścić. Człowiek podły jest wszędzie wolny. Raczej nigdzie, bo zawsze zamknięty jest w swojej podłości. Wieczorny wypad na papierosa. Dom, gdzie nikt nie mieszka, a okno jest otwarte, bo duch sobie wietrzy. Przewracanie się na papierku po gumie. Powiedział mi cześć, kiedy się mijaliśmy. Był moją miłością przez całą podstawówkę. Od kilku lat nie powiedział mi cześć, ani niczego innego. Cholernie chce mi się pić. Podobno w telewizji był film o masturbowaniu byka. Padam na ryj. Zasypiam, chociaż nie mam tego w planach. Jestem niewyspana. Nie lubię zrywać się bladym świtem, a raczej w środku nocy. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś jadłam. Nie mam czasu. Świadomość nieuchronnie zbliżającego się końca mnie załamuje.

Never


skomentuj || strona główna.


Świadomość, że nie tylko ja nastraja mnie optymistycznie. A może nie powinna. Głupio tak, że wszystko jest kwestią ceny. Głupio tak, że zło przychodzi do nas pod postacią dobra. Ale to nie tak. Ja wracam sobie do ciepłego domu, siadam w fotelu ze szklanką soku lub herbaty, z książką lub słuchawkami na uszach. Ja mam ciepły, spokojny dom. Nawet, jeżeli drzwi się zacinają, wywala korki, piec ciągle gaśnie, sufit odpada to jednak jest to mój bezpieczny dom. Ja mam gdzie wracać. Nawet jak nie ma neta a lodówka świeci pustkami. Nie mam zamiaru popełniać samobójstwa, ale uważam je za piękne, szlachetne i godne podziwu. Ale nie przyznaję się do tego głośno, bo wiadomo polska mentalność. Mam pałę z fizyki, bo noszę za mały dekolt. Jesteś spoko w jiu jitsu, ale nie masz samych zalet. Twój ryj wygląda, jak niedojebany. Każdy potrafi nabałaganić. Posprzątać nie każdy. Nie sztuką jest doprowadzić kogoś do łez, sztuką jest zatamować potok łez. Nóż. Możesz nim pokroić chleb, albo zamordować kogoś. Proste. Tabletki się kiedyś skończą. Co by było gdyby dziewczyny miały penisy a chłopaki piersi? Jak myślicie, fajnie by było? Właśnie uświadomiłam sobie, że nie kojarzę większości ludzi z mojej szkoły, chociaż i oni ja chodzą do tej szkoły od kilku dobrych lat a na domiar złego mieszkamy dość blisko siebie. I nic nie poradzę na to, że niesamowicie śmieszy mnie niemiecki, wręcz turlam się ze śmiechu słysząc jakiekolwiek słowo w tym języku. Zaczyna padać śnieg, wpada mi na podłogę, bo otworzyłam okno, bo mi gorąco. Znowu będę tonąć w zaspach próbując dostać się do szkoły. Próbuję spojrzeć na świat z szerszej perspektywy. Lubię jak śnieżynki spadają mi na nos. Moje nowe buty to jest właśnie ta szersza perspektywa. Niczego nie można stwierdzić jednoznacznie, nie ma jednej prawdy, nie ma zła ogólnego. Nie ma problemu. Naprawdę nie ma o czym gadać. Mam szereg argumentów nie do pobicia na to, że morderstwo jest słuszne. Zawsze, wszędzie, w każdej sytuacji. Mam sześćdziesiąt złotych, które zamierzam wydać na dżinsową kurteczkę. Właściwie moja dżinsowa kurteczka jest ważniejsza od złapania seryjnego mordercy. A skoro już przy tym temacie jesteśmy, to chciałabym zdementować plotki, jakoby Nowa Huta wieczorem była niebezpieczna. Wiem to, bo sprawdziłam empirycznie. Głupi ma zawsze szczęście. Pierdolisz.

Never


skomentuj || strona główna.


Marakuja, pomarańcza, cytryna i jabłko. Granat, winogrona, grejpfrut i jabłko. Limonka, cytryna, jabłko i cholera wie, co jeszcze. Razem z tatą wypełniamy sobie lukę emocjonalną soczkami o dziwnych smakach. Czy ty coś ćpasz? Sorry, ale tak wyglądasz. Tak ćpam. Życie, szkołę, tlen. Proszę nie róbcie ze mnie menela, ani alkoholiczki, ani w ogóle nikogo ze mnie nie róbcie. I na litość boską najbardziej to nie róbcie problemu tam gdzie go nie ma. Ludzie od zawsze szukali dziury w całym. Jeżeli jest to przesłanie w wierszu bez przesłania to jeszcze pół biedy, gorzej, kiedy szukacie we mnie najgorszych cech. Bo wiadomo, kto szuka ten znajdzie. I nadal umiem zrobić sprężynkę (no wiesz odbijasz się z rąk, lądujesz na nogach, coś w stylu salta w przód tylko, że z rąk i zginasz kręgosłup w odwrotną stronę), z czego jestem niesamowicie dumna. I nie będę kitować tu, że lata ćwiczeń, pracy i wyrzeczeń, bo to bzdury. Po prostu jesteś mną i umiesz. Szpagaty, fikołki, mostek no problem, a cały dzień spędzam przed komputerem, natomiast wieczory chlejąc gdzieś w krzakach. Niezdrowy, statyczny tryb życia, kto by pomyślał, więc na przyszłość gdyby ktoś wam wmawiał, że żeby być wysportowanym trzeba regularnie trenować i dbać o zdrowie nie wierzcie mu, bo do tego wystarczy być mną. Każdy ma prawo niszczyć swoje zdrowie, w taki sposób, w jaki mu się podoba. Jeżeli już pić to tylko na pusty żołądek, co jest podyktowane wieloma względami. Nie da się zaprzeczyć, że o wiele przyjemniej, a może raczej mniej nieprzyjemnie, rzyga się samym alkoholem, niż jeszcze makaronem, gulaszem czy czymkolwiek innym, co się wcześniej jadło. Bo normalnemu człowiekowi, to chce się do końca. A komentarze wróciły, żeby nie było, że boję się krytyki lub, że jestem aspołeczna. Nie każdą chwilę można przeżyć głeboko, a szczególnie pięć minut do dzwonka.

Never


skomentuj || strona główna.


Wszystko ma swoje zalety, trzeba tylko umieć je dostrzec. Brak wartości już sam w sobie jest wartością. Czuję się wolna. Tak zajebiście wolna, że nawet sobie nie wyobrażasz. Wspaniałe uczucie. Mogę wszystko. Nie muszę się już o nic bać. Drżeć pustymi dniami i bezsennymi nocami, że coś stracę. Już nie masz na mnie haka. Chcesz mieć niewolnika, to daj mu coś cennego. Zabierz mu wszystko, ale uważaj, żeby role się nie odwróciły. Nie ma nic do stracenia, a zyskać może wiele. Na pewno będzie walczył. Nie mam słabych punktów. Popatrz no, jestem nietykalna. Zabrałbyś mi pieniądze, gdybym je miała. Zabiłbyś moich przyjaciół, gdybym ich miała. A tu popatrz jakie jaja. Nie mam. I co mi zrobisz? Nic. Jeżeli się jest kimś można spaść na dno. Jak jesteś już na dnie, to możesz jedynie się od niego odbić, albo zostać i cieszyć tym, że już gorzej być nie może. Czuję się wolna. Bez strachu, bez zobowiązań. I bez strachu chodzę wieczorem wszędzie, gdzie tylko zechcę. Najwyżej możesz mnie pozbawić życia, ale wiedz, że łatwo go nie oddam. Nie wierzysz? Spróbuj. Warto? Pomyśl, co możesz stracić. Życie jest naprawdę piękne. Do zobaczenia gdzieś. Może w Krakowie, może w Katowicach, może w Łęcznej, może w Woliczce (nie mylić z Wieliczką). Gdziekolwiek. Może w piekle, o ile ono istnieje.

Jak Nostradamus wiem, o czym mówią gwiazdy
Znam dobrze ten dialekt w końcu natchnął mnie księżyc
Chcę mieć go na własność, może splątam go w więzy.


Never


skomentuj || strona główna.




||


archiwum || złote myśli
stat4u