To miał być najlepszy dzień. To miał być najgorszy dzień. Dużo obaw i dużo nadziei. Mniej planów. Tak naprawdę zero planów czy postanowień. Niech się dzieje co chce i niech to będzie dobre.

Sylwester był w porządku. Podobnie jak rok temu zostało mi alkoholu po sylwestrze. Zawsze wszystkim zostaje po różnego typu imprezach. Nie wiem, kto wymyślił tę gadkę, że niby legenda głosi, że komuś kiedyś zostało. Pewnie jakiś sklep, żeby napędzić sprzedaż. Najlepszym momentem był nasz toast w ogródku bezalkoholowym szampanem zanim jeszcze gości się zjawili. Tak słodko, romantycznie i w nawiązaniu do naszego pierwszego wspólnego sylwestra, który spędziliśmy właśnie bez alkoholu, za to z miłością i tylko we dwoje. Najgorszym momentem był dzień następny dopóki nie udało mi się wyprosić gości. A słowo daję wyglądali jakby w ogóle nie zamierzali wychodzić, raczej jakby czekali aż im rosół na kaca ugotuję. Najlepszą potrawą były moje koreczki. To był świetny pomysł, świetne wykonanie i świetny efekt. Moje koreczki z oliwkami, serem, marynowanym czosnkiem i marynowanymi pieczarkami były naprawdę super. Miło wspominam również Lays'y o smaku piri piri czymkolwiek by to piri piri miało być. Piliśmy drinki z soplicy orzechowej z mlekiem, nawet dobre ale słodkie jak jasna cholera, a ja jeżeli chodzi o pocie preferuję nieco bardziej orzeźwiające smaki. Nie obyło się również bez kontrolnego rzyga i oczywiście ja pierwsza poszłam spać. Co znaczyło, że praktycznie już koniec imprezy, bo jak się rozłoży łóżko to ledwo co da się przemieszczać po pokoju, o innych czynnościach nie wspominając.

Rok 2014 zaczął się w porządku. Oczywiście nie wierzę w takie brednie, że jaki sylwester/wigilia/urodziny/cokolwiek taki następny rok. Niestety nie wierzę również w swoje możliwości sprawcze. Tylko ślepy los, fart lub pech. I tylko 2014 please be good to me.




Pamiętam, jak rok temu usłyszałam, że teraz wszystko się zmieni, że on się zmieni, że zobaczę, że będę szczęśliwa, że wszystko co złe odeszło i minęło. I tak bardzo chciałam uwierzyć. I tak bardzo się zawiodłam. Cieszę się, że w tym roku nie musiałam słuchać obietnic bez pokrycia. Tak jest łatwiej pogodzić się ze swoim losem. Że takie ze mnie nic.

Never


skomentuj || strona główna.


Miłość rodzi się z niczego, a umiera od wszystkiego.

Never


skomentuj || strona główna.


Minęły dwa miesiące od tego żałosnego incydentu, który nawet nie zasługuje na miano próby samobójczej. W dwa pierwsze dni listopada zawalił mi się na chwilę świat. Jedyny istotny dla mnie fragment mojego świata. Runął.

Pamiętam, jak w jednej chwili zrobiło mi się słabo, zimno, gorąco, wszystko. Pamiętam to grzmotnięcie w serce. To był chyba najsilniejszy cios. Silniejszy, niż kiedy ze mną zerwał. Silniejszy, niż kiedy zostawił mnie samą w środku nocy. Silniejszy, niż kiedy naćpany powiedział, że się mnie brzydzi i inne brzydkie słowa. Silniejszy, niż kiedy obrażał moją rodzinę i znajomych. Silniejszy, niż kiedy wyśmiewał i bagatelizował ważne dla mnie sprawy. Pamiętam ten ucisk w klatce piersiowej. Ten ból. Pamiętam jak płakałam na ławce w parku, bo nie wiedziałam co ze sobą zrobić i gdzie się podziać. Ludzie przechodzili, pewnie myśleli, że to z okazji Święta Zmarłych. Siedziałam w tym parku na tej ławce jeszcze z tym cholernym laptopem uwieszonym na szyi i ryczałam. W tym samym parku spędzaliśmy razem letnie noce. W tym samym parku chodziliśmy na huśtawy i słuchaliśmy Olejmy jutro.

Później pamiętam tę ciemność, ciszę i pustkę jak wróciłam. Taką obcość i obojętność, która była tak nie do zniesienia, że wyszłam ledwo weszłam. Poszłam się przejść, przewietrzyć i miałam nadzieję, że mnie jakieś auto przejedzie albo ktoś napadnie i zabije. Ale nic takiego się nie stało. W ogóle nic się nie stało. Więc wróciłam i też nic się nie stało poza kilkoma ciosami prosto w serce od ukochanej osoby.

Chciałam usnąć, żeby to się skończyło, bo było nie do zniesienia. Wzięłam kilka tabletek i położyłam się. Później następne. I tak kilka razy aż w końcu udało mi się usnąć. Nigdy cię już o to nie spytam, ale nie rozumiem dlaczego chociaż od rana hałasowałeś, żeby zrobić mi na złość i mnie obudzić, a ja spałam i spałam, to nie zainteresowałeś się co się dzieje. Nie zauważyłeś, że coś jest nie tak. Nie wiem, czy to bardziej była złość z twojej strony czy po prostu obojętność. Jebana obojętność. Niech śpi, niech leży, niech umrze, nieważne.

Kiedy się obudziłam było dziwnie. Wszystko było takie inne, takie obce, a przecież od dwóch miesięcy co rano się tutaj budziłam. A tego dnia wszystko było inne. Chciałam, żebyś obudził się obok trupa. Chciałam, żebyś w końcu kiedyś zrozumiał. Chciałam się uwolnić. Chciałam się zemścić. Chciałam umrzeć, zasnąć i już nigdy się nie obudzić w takim życiu. Myślałam, że uda mi się to zakończyć w ten sposób, bo w iny nie umiem.

To był jeden z moich najgorszych dni i z naszych najgorszych dni dla mnie. Najbardziej zabolała ta obojętność, bo to już była poważna sytuacja, to już nie było śmieszne. Zabolało mnie też niedotrzymanie obietnicy, ale to nic nowego. Powinnam się przyzwyczaić, że nie dotrzymujesz obietnic zarówno jeżeli chodzi o sprawy błahe jak i najważniejsze. Nieraz mam wrażenie, że dla ciebie wszystko co związane ze mną jest sprawą błahą i nieważną. Zabolało mnie też, że nie potrafiłeś odpowiednio wcześnie mi powiedzieć, porozmawiać, wytłumaczyć, poprosić, przeprosić, dogadać się. Zabolało mnie, że po raz kolejny nie uwzględniłeś mnie i nie licząc się ze mną zdecydowałeś. A dobrze wiedziałeś jakie jest moje zdanie na ten temat.

Nie wiem, po co znowu to rozgrzebuję. Nie wiem czy rozsądnym jest pisać to na blogu. Potrzebuję to z siebie wyrzucić. Potrzebuję komuś powiedzieć, a internet przyjmie wszystko. Dlatego się chowam w cyberprzestrzeni. Odkąd tylko mi tatuś kiedyś na gwiazdkę kupił internet.

Never


skomentuj || strona główna.


Nigdy nie byłam dobra w robieniu postanowień. Tzn. nie sorry, poprawka. Robienie postanowień szło mi nawet sprawnie. Nigdy nie byłam dobra w dotrzymywaniu postanowień bez względu czy to postanowienia noworoczne, wiosenne, poalkoholowe czy postanowienia po wyjściu z pogotowia.

Czasami było tak, że jeszcze nie skończyłam postanawiać, a już połowę postanowień złamałam. W 2006 roku chciałam odnaleźć siebie. I do dzisiaj nie wiem, czy mi się to udało. Czasami myślę, że trochę lepiej wiem, kim jestem i czego chcę, a czasami mam wrażenie, że z każdym dniem gubię się coraz bardziej i gubię coraz więcej siebie. Gdzieś przemknęłam mi myśl, że każdy czas jest dobry na postanowienia, ale początek roku jest najgorszym z tych dobrych. Pewnie chodziło o kaca, mróz i bałagan po imprezie. Rok temu chciałam tylko przetrwać, a właściwie chyba wręcz przeciwnie.

To nie są postanowienia noworoczne, ale chciałabym udowodnić wszystkim dookoła, a tak naprawdę sobie, że jestem coś warta. Że jestem dużo warta. Że umiem, potrafię, dam radę. Że jestem kimś. Nie niczym. Nie szmatą do podłogi. Nie śmieciem. Nie zagubioną, chorą dziewczynką we mgle, tylko kobietą, która dużo przeszła i wyciągnęła z tego naukę. Chcę swoje słabości przekuć w siłę. Często się boję i to jest normalne. Nie chodzi o to, żeby się nie bać, tylko żeby z tym strachem walczyć i nauczyć się żyć pomimo. Wielu rzeczy nie wiem, bo nikt nie wie wszystkiego. Ale wszystkiego, co będzie mi potrzebne mogę się nauczyć. Nie chodzi o to, żeby wszystko wiedzieć, tylko żeby się uczyć. Każdy całe życie się uczy, a przynajmniej powinien. Często czuję się źle i mam do tego prawo. Popełniam mnóstwo błędów i nie chodzi o to, żeby ich nie popełniać, tylko żeby się na nich uczyć, żeby próbować je naprawiać, żeby umieć przyznać się i przeprosić.

Bardzo realne postanowienia a zarazem takie trochę wzniosłe. I ogólne. Co znaczy, że bez planu ani rusz. Pewnie jak zwykle skończy się na wielkim pitu pitu, jako to ja mogłabym być gdybym chciała i gdybym wzięła się za siebie, a za rok jak wrócę do tego czasu to okaże się, że nic nie zmieniłam. I że jeżeli coś się zmieniło to samo i oczywiście na gorsze.

Never


skomentuj || strona główna.


Dobrze, że nie wiesz co u mnie, bo pękło by Ci serce, tato...

Never


skomentuj || strona główna.


Łazienka pełna cudownie pachnących kosmetyków, kilka książek jeszcze nie przeczytanych, pięć par zgrabnych spodni w prawie najmniejszym rozmiarze, a w lodówce oliwki i sery. I tyle mi musi do szczęscia wystarczyć. Więcej mieć nie będę. Na więcej nie mam co liczyć. Proste, przyziemne przyjemności, żeby jakoś przetrwać życie.

Never


skomentuj || strona główna.


Ostatnio doszłam do wniosku, że łazienka jest moim ulubionym miejscem. Spędzam tam najwięcej czasu (nie licząc łóżka, kiedy śpię, ale to co innego) i jest to czas, który pozwala mi się poczuć naprawdę dobrze. Lepiej niż lodówka nawet. I niż łóżko.

Niedawno mój chłopak zapytał mnie czy ty wiesz, ile ty czasu spędzasz w łazience?. Nie chciałam się kłócić, ale korciło mnie, żeby odpowiedzieć: prawie tyle, ile ty przed komputerem. On ma swój komputer, internet, kwejka, fejsbuka, youtube i potrafi godzinami ślepić w ten monitor i klikać bez sensu i bez celu. A jak mam swoją łazienkę, swoje kremy, żele, balsamy, peelingi, szampony, odżywki, urzekająco pachnące, poprawiające nastrój i wygląd. On się podłącza do internetu, ja się zamykam w łazience. On robi nie wiem co, ja biorę kąpiel w czekoladowym żelu, masuję się rękawicą, robię peeling pachnący szarlotką z cynamonem i bitą śmietaną, smaruję się kakaowym kremem albo kokosowym masłem. Nie wszystko na raz oczywiście, bo bym mdłości dostała od takiego pomieszania. Czas spędzany w łazience najlepiej mnie relaksuje, pozwala poczuć się ładną i zadbaną.

A czasami zamykam się tam, żeby się wypłakać. Bo tak mi źle i tak sobie nie radzę. Tam czuję się bezpiecznie. Tam mogę płakać, bo szum wody zagłusza mój szloch, a łzy mieszają się z wodą i nie wiadomo, czemu twarz jest cała mokra. To tak, jak z deszczem. Na deszczu można płakać, bo tego nie widać. Potrzebny jest tylko wodoodporny tusz, żeby można było płakać na deszczu. Pod prysznicem nie trzeba nic. Można siedzieć nago. Nie raz zamykałam się z łazience, kiedy było mi źle. Robiłam tak jeszcze kiedy mieszkałam z rodzicami. Płakałam w szkolnych łazienkach. Płakałam nawet w publicznych toaletach w centrach handlowych. W tych toaletach zresztą robiłam wiele innych bardziej rozpaczliwych rzeczy, niż tylko płacz. Łazienka to moje ulubione miejsce. Mój teren pachnący moimi kosmetykami. I właśnie w łazience mogłabym umrzeć. Umrzeć pod prysznicem byłoby o wiele bardziej romantyczne, niż na łóżku, czy gdziekolwiek indziej.

Ale na razie nie umieram. Na razie pielęgnuję tę swoją obrzydliwą zewnętrzną powłokę, która jest tak nietrwała, że na pewno nie warto w nią inwestować. Urodę można stracić na długo jeszcze zanim straci się życie. I na nic wtedy te wszystkie lata peelingowania, odżywiania, smarowania, olejowania i innych kosztownych, aczkolwiek czasami całkiem przyjemnych rytuałów. No bo co kobiety tyle czasu robią w łazience?

Never


skomentuj || strona główna.


Strasznie mi smutno przez to słońce za oknem. Od słońca zawsze łapię doła.

Tak naprawdę to ja od wszystkiego łapię doła.



Never


skomentuj || strona główna.


Kebab z oliwkami, z połówką ciemniej oliwki pokrojoną na dwa plasterki, jeśli chodzi o ścisłość, dostałam w jednej z krakowskich restauracjo-kebabowni w sobotnie popołudnie. Dostałam też rozcieńczone piwo, w którym w ogóle nie było czuć nic poza tym, że mokre. Mój chłopak bardzo się zdenerwował, bo najpierw czekaliśmy na to piwo długo, a piwa tam nie ważą tylko nalewają, więc można by od razu przynieść. Później kelnerka pomyliła zamówienie, a na pizzę czekaliśmy chyba z 40 minut. A w ogóle powinnam zacząć nie od kebaba z oliwkami, tylko od tego, że czekaliśmy na kelnerkę na tyle długo, że Sebastian poświęcił się i wstał, żeby zamówić jedzenie. A on nie lubi wstawać, jak już sobie siądzie. Suszarka do rąk w toalecie chyba była zepsuta, bo niemożliwe, żeby sprawny sprzęt wydawał tak potępieńcze odgłosy.

Generalnie jestem zadowolona z tego sobotniego wyjścia i z kababa z oliwkami, chociaż zdaję sobie sprawę, że te szczątki oliwki znalazły się w nim przez przypadek. I wielka szkoda, bo chętnie zjadłabym takiego kebaba z oliwkami z prawdziwego zdarzenia. I szczęście, że to oliwki a nie brukselka trafiły przez przypadek do mojego kebaba, bo brukselki nie znoszę. I teraz się zastanawiam cały czas, gdzie w Krakowie można zjeść kebab z oliwkami.

Never


skomentuj || strona główna.


Pod koniec stycznia spadł śnieg. Bezpowrotnie minęły już te czasy, kiedy śnieg cieszył. Czasy lepienia bałwana, czasy rzucania się śnieżkami, czasy zjeżdżania na sankach. Pozostały jedynie sztuczne lodowiska, na które zawsze jakoś tak nie po drodze, a jak już się uda to one topnieją i robi się basen. Sorry, taki mamy klimat.

Czasami jest taka sytuacja, że zamek w furtce wyjściowej zamarza. I nie da się jej otworzyć. Jedyne, co można wówczas zrobić to jakoś przeleźć przez bramkę. W wysokich butach, z wielką torebką i całe szczęście, że jest jeszcze ciemno, bo taki przypał przez płot przełazić. I to żeby wyjść. Myślałam, czy by właścicielowi nie powiedzieć, żeby COŚ z tym zrobił, że ten zamek zamarza i nie da się wyjść. Nie wiem, co. Nie znam się, ale żeby coś zrobił. Boję się tylko, że usłyszę: sorry, taki mamy klimat. Dzisiaj śmietniki jeszcze zamarzły i próby otworzenia zakończyły się przesunięciem kontenera, ale nie otworzenia, więc śmieci położyłam obok w zaspie śniegowej. Sorry, taki mamy klimat.

Idąc na tramwaj minęłam pana odśnieżającego chodniki. Szedł z tą łopatą i zrzucał śnieg z chodnika na ulicę. Później przyjedzie odśnieżacz uliczny i będzie ten śnieg z ulicy zgarniał na chodnik. I tak w kółko. Sorry, taki mamy klimat. Śnieg mi napadał do torebki, bo mam prowokacyjny zwyczaj nie zapinania torebki. I tak naprawdę nie chodzi o prowokowanie złodzieja, tylko nie chce mi się tej torebki zapinać i odpinać w kółko. Znalezienie i wyciągnięcie z niej czegokolwiek i tak trwa wystarczająco długo.

Never


skomentuj || strona główna.


Czarownica tandeciarka i jej kramik pokus. Made in China. Chińskie buty, chiński stanik, chiński telefon, chińskie spodnie. Nawet miód chiński. Pierdolona chińska tandeta. Aż się rzygać chce. Ale na nic więcej mnie nie stać. Mentalnie. Tylko na to dziadostwo, którego wszędzie pełno. Które wszystkich nas zalewa niczym potok bulimicznego rzyga.

Jedyne co ona w sobie ma to niewysrane gówno. Odwieczny problem z zatwardzeniem. Zatwardzenie mentalne. I nie tylko. Nic. Nic. Jedno wielkie nic. Zupełnie niczym się nie charakteryzuje. Bez polotu, bez pomysłu. Typowy charakterystyczny styl, czyli w kółko to samo bla bla bla. Żałosna i bezsensowna egzystencja. Pokraczne podrygi w rytm wiatru, który mnie niesie tam, gdzie zawieje. Nie wymaga to żadnego wysiłku, tylko płynąć z prądem. A ja jestem tak cholernie zmęczona. Czarownica tandeciarka na dopingu. I cały czas boli mnie głowa. I brzuch od gównianego jedzenia spożywanego w nadmiarze, w gównianych warunkach i w gówniany sposób.

Never


skomentuj || strona główna.


Chciałabym, żeby ktoś zapewnił mi szczęście. Żebym dostała je w prezencie. Tak po prostu. Chciałabym dostać szczęście w prezencie.

Never


skomentuj || strona główna.


Politycy zawsze będą za łożeniem pieniędzy na więzienia i inne tego typu instytucje, bo mają świadomość, że sami kiedyś tam trafią.

Tyle na temat.

Never


skomentuj || strona główna.


Zaczynając pisać tego bloga starałam się być dowcipna. Pisałam o fioletowym materacyku i łyżeczce wbitej w głowę. I traumie z owłosionymi rękami oraz ukochanej maskotce wirującej w pralce. Nie pamiętam ale możliwe, że wtedy była taka moda na poczucie humoru. Którego niestety nie posiadam, bo jestem smutną dziewczynką. Brakuje mi też dystansu do siebie. I jestem przewrażliwiona. Dlatego blog szybko ewoluował i stał się takim emo-pamiętniczkiem samotnego fallen angel'a (bardzo modne wówczas, pejoratywne określenie na smutnego młodego człowieka piszącego o swoim smutku na blogu). Kolejnym równie smutnym etapem na blogu były zapiski anorektyczki. Później przyszedł czas na pijackie opowieści, a następnie (wreszcie) pojawił się w notatkach kryzys miłosny. A teraz są brednie, pierdoły i coraz silniejsza potrzeba ucieczki z tego miejsca i odcięcia się i zamknięcia rozdziału mojego życia, którym był ten blog.

Pisałam o wielu smutnych rzeczach. Całe moje życie jest smutne. Nie tragiczne, ale po prostu smutne. Problemy z rówieśnikami w szkole, nieudane małżeństwo rodziców, toksyczni dziadkowie, kompleksy i brak pewności siebie, problemy z jedzeniem, samookaleczanie, nadużywanie leków i alkoholu, toksyczna miłość. Ale najsmutniejszym wydarzeniem w moim życiu była śmierć Kubusia. Za każdym razem jak sobie przypominam mam łzy w oczach. Teraz też. Smutek absolutny. Czysty smutek. Bez złości, bez żalu, bez poczucia winy. Krystalicznie czysty smutek.

Przez całe dotychczasowe swoje smutne życie nauczyłam się jednego. Że smutek się nie sprzedaje. Nie na dłuższą metę. Smutek nie przyciąga ludzi, tylko ich odstrasza. W najgorszych momentach swojego życia, w tych najsmutniejszych zawsze byłam sama. Liczyć mogłam jedynie na tzw. opierdol, który tylko pogarszał moje samopoczucie, a im gorzej się czułam, tym mniej byłam w stanie zrobić, żeby ten stan zmienić. Takie błędne koło. Czułam się źle, potrzebowałam wsparcia, którego nie otrzymywałam. Więc zaczynałam czuć się jeszcze gorzej, co spotykało się z jeszcze większym społecznym potępieniem. Szkoda, że w tym całym depresyjnym ciągu nie udało mi się zarejestrować, co pomogło mi się z tego chorego kręgu wyrwać. A warto byłoby wiedzieć, tak na przyszłość. Bo jak ktoś raz miał z czymś problem, całkiem prawdopodobne, że sytuacja się powtórzy. Bo przecież całe życie popełniamy te same błędy.

Never


skomentuj || strona główna.




||


archiwum || złote myśli
stat4u